Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Po tym, ile czasu zajęło staranie o kolejną ciążę z poprzednią dzidzią Marianką, byłam zaskoczona, że tym razem udało się nam zaledwie za drugim razem…. Pierwszy test wykazał słabiutką linię po około 20 minutach. Wiem, że kreseczka to kreseczka, ale to był zaledwie cień… Odczekałam dwa długie dni i spróbowałam ponownie. Tym razem plusik pojawił się już po 10 minutach, ale nadal był to BARDZO nikły ślad. Następnego dnia całkiem wyraźny ślad pojawił się już po 5 minutach. TAK! Wyliczyłam sobie zatem, że mój termin przypada na 2 października.

W siódmym tygodniu spotkałam się po raz pierwszy z lekarzem prowadzącym. Już w drzwiach poinformowałam go o tym, że jestem w ciąży i o wyliczonym terminie. Po badaniu wszystko się potwierdziło. Nawet nie było potrzebne podawanie daty ostatniej miesiączki 🙂 Po tej wizycie stwierdziłam, że szybko muszę poszukać innego lekarza. Nie! Ten człowiek ZDECYDOWANIE nie wpływał dodatnio na moje samopoczucie! (cóż z tego, że to moja siódma ciąża…) [Dygresja]Sama historia poszukiwania nowego lekarza, który zaakceptowałby moje wybory co do liczby dzieci i sposobów ich rodzenia przekroczyłaby objętość paru takich postów 🙂 Ale udało się! [/koniec dygresji]

Tym razem nie rzygałam każdego ranka, jak w poprzednich ciążach, ale poranne mdłości przez długi czas porządnie mi się we znaki dawały. /Obrzydliwe, wiem :D/

Miałam cztery USG: w 9, 13, 20 i 35 tygodniu ciąży. Wszystkie wykazały prawidłowo rozwijające się dziecko płci nieznanej (bo rodzice bardzo chcieli niespodziankę – co samo w sobie ewenement stanowić musiało, bo NIKT uwierzyć nam nie chciał, że płci naprawdę ale to NAPRAWDĘ znać nie chcemy), tyle że ułożohe pupą do dołu….USG w 35 tygodniu wykazało, że dzidzia waży równe 3 kilogramy, ale jest nadal tyłkiem na dół (co żadnym zaskoczeniem nie było, bo kopnięcia czułam w dolnych partiach, a nie na górze, jak w poprzednich ciążach).

To była moja siódma ciąża (szóste dziecko) i tym razem naprawdę liczyłam na poród domowy. Planowałam go od 3 lat (i trzech ciąż), z tym, że poprzednie dzieci wcześniakami się okazywały, co z zasady wykluczało poród poza szpitalem… Tym razem po przekroczeniu 35 tygodnia ufałam, że się uda… Ta nieszczęsna pupa po raz kolejny pokrzyżowała moje plany…. Byłam przekonana, wierzyłam (i nadal tak jest!), że poród w domu, jest najbezpieczniejszą i najbardziej naturalną metodą wydania kolejnego dziecka na świat. Ale tylko w przypadku gdy ma się tak duże doświadczenie i taką znajomośc swojego ciała i swoich reakcji, jakie ja mam, gdy ciąza przebiega bez komplikacji, gdy wsłuchuje się w swoje ciało i prawidłowo odczytuje reakcje dziecka, które właśnie się rodzi… Ta nieszczęsna pupa znowu pomieszała nam szyki…. NIE! Nie jestem TAK szalona, żeby decydować się na poród pośladkowy w domu…

W 37 tygodniu odetchnęłam z ulgą… Wcześniaka nie będzie i nic nie wskazuje, żeby szybko Dzidzia miała się urodzić. Nic? Oprócz uczonej opinii mojego Pana Doktora, że niewiele czasu jest mi jeszcze pisane, pojawiło się COŚ. Coś jeszcze… Coś się dziać jednak zaczęło… Jakaś chroniczna bezsenność, uczucie nieznane z poprzednich ciąż i kompletnie źle przeze mnie zinterpretowane… Gdy jednak w piątek, 12 września pojawił się typowy i doskonale mi znany stan niepokoju, niepewności, braku bezpieczeństwa, gdy tylko do domu i urodzić, wiedziałam, że już niedługo…

W sobotę, 13 września pojawiły się liczne skurcze, a uczucie niepokoju nie tylko nie osłabło, ale się nasiliło. Wieczorem było to niemal nie do wytrzymania. Starsze dzieci zrobiły kolację i położyły młodsze spać. Byłam pewna, że nie doczekam do rana i dziękowałam Panu, że to w łykend. I najstarsza córka w domu, mój mąż na posterunku. TAK! Zdecydowanie Opatrzność nad nami czuwa 🙂

Przyszedł niedzielny ranek i WSZYSTKO SIĘ SKOŃCZYŁO! Nie tylko skurcze ustały, ale uczucie niepokoju odeszło, więcej – pojawił się jakiś niesamowity spokój i przekonanie, że to jeszcze nie teraz. Około 9 byłam już pewna, że wszystko co do tej pory czułam to był jeden wielki fałszywy alarm.

Cóż, malutka miała zupełnie inne plany…. Niesamowicie ostre skurcze pojawiły się nagle o 9:30 a wody odeszły ok. 10. Usiadłam na kibelku i wszystko ze mnie wyciekło. Niemal w ostatniej chwili wpadłam na pomysł złapania choć paru kropel w jałowy pojemniczek do badań moczu, jakich jeszcze parę mi zostało. W poprzedniej ciąży nie uwierzyli mi, że wody mi już odeszły, tym razem chciałam uniknąć dodatkowej pyskówki i takiegoż stresu. Zadzwonilam do sąsiadko-przyjacióki, która obiecała zająć się dziećmi. W czasie, gdy na nią czekaliśmy, mój mąż dopakował szpitalną torbę (w 90 procentach była spakowana wcześniej). Przy okazji zmierzył odstępy między skurczami i wyszło, że pojawiają się co 6 minut. Rany! byłam pewna że nie częściej niż co 15 minut! W końcu sąsiadka przyszła, pożegnałam się z młodszym Drobiazgiem, obiecałam, że wrócę jak najszybciej, użyłam dwóch pieluszek tetrowych jako zabezpieczenia przed ewentualnym dodatkowym wyciekiem i ruszyliśmy do szpitala.

W samochodzie mierzyłam odstępy pomiędzy skurczami i były nadal co 5 minut. Odczuwałam je jako mocny ucisk przesuwający się coraz niżej. Doszłam do wniosku, że to dzidzia przesuwa się coraz bardziej na dół. Na ostatnim USG była nadal tak wysoko, że nie obawiałam się porodu w somochodzie. Popełniłam jednak błąd i dokładnie opowiedziałam mojemu mężowi o swoich odczuciach… Do samego szpitala bał się, że to tuż tuż 🙂 W końcu żartowaliśmy sobie, że przydałoby się zdjęcie szpitala, żeby nieco zatrzymać skurcze, bo poprzednio było na ogół tak, że na widok szpitala w jakiś magiczny sposób skurcze zanikały 🙂

Po 11 dojechaliśmy do szpitala. Na izbie przyjęć od razu wręczyłam położnej swój “dowód”, że wody odeszły 🙂 Wyglądała na zdziwioną, ale efekt osiągnęłam i nikt nie kwestionował samego faktu, że poród naprawdę się zaczął. Przystąpiono zatem do formalności. Na pytanie, czy to moje pierwsza ciąża roześmialam się 😉 Nie, siódma i wody odeszły. Najdziwniejsze było, że skurcze nie ustąpiły, jak to było przy poprzednich porodach, że na izbie przyjęć z reguły wydawało mi się, że “to nie to”.

W końcu przszła pani doktor, bardzo bardzo bardzo młoda i na nowo rutynowe pytania. Pani doktor głośno żuła gumę i strasznie przypominała mi moją najstarszą córkę, Monikę 🙂 Spojrzałam na mojego męża i zauważyłam, że myśli dokładnie o tym samym. Mrugnęłam do niego, on się roześmiał, a pani doktor wyraźnie się speszyła. Zrobiła przy tym dokładnie taką minę, jaką zrobiłaby Monika 🙂 Rany, to już daleko posunięta starość, gdy lekarka w izbie przyjęć wygląda i zachowuje się jak twoje najstarsze dziecko he he!

Potem dostałam do podpisania tony papierów, w tym jeden, że odmawiam cesarki do momentu gdy życie dziecka nie będzie w sposób jednoznaczny zagrożone. Oczekiwałam, że będę musiała stoczyć o to wojnę, a tu niespodzianka – wystarczył jeden mały podpis…

Potem badanie. Na wstępie uprzedziłam panią doktor, że zwykle rozwarcie zatrzymuje się u mnie na 4 palcach. Potwierdziła tę magiczną czwórkę… Znam swoje ciało 🙂 Bez problemu wyczuwała dziecko, ale to też wiedziałam już wcześniej, bo czułam jak się dzidzia obsuwa w kanale rodnym. W międzyczasie pani doktor musiała wypluć tę nieszczęsną gumę, i w ogóle okazała się bardzo sympatyczna 🙂

W końcu skierowano nas do pokoju. Blech! Na samym końcu korytarza 🙁 Parę minut zajęło mi doczołganie się tam… Położna już na nas czekała… Niestety, kroplówa… Ale skoro chciałam spróbowac rodzić pupę naturalnie, to bez wspomagania mogłoby się nie udać….

Skurcze zaczęły się pojawiać co 4 minuty i bolały jak cholera! Znaczy kroplówa zadziałała… Z drugiej strony to dobrze, może się uda! Ale się na serio przestraszyłam, że jeżeli już teraz tak boli (zupełnie zupełnie inaczej, 150 razy gorzej niż przy nie-wspomaganym), to co będzie pod koniec… Złamałam się… Poprosiłam o Z.O… Wcześniej zakładałam taką możliwość i już nawet rozmawiałam z anestezjologiem. Teraz przyszedł i podczas wkłuwania (brrrrrrrrrrrr ble blech!!!!) rozmawialiśmy o dzieciakach i o tym jak lubią sypiać w łózku rodziców (głupie, nie?) Lekarz był bardzo sympatyczny, a na koniec powiedział (patrząc na zdjęcie Młodych, które zabrałam ze sobą do szpitala), że mamy cudowne dzieciaki i musimy mieć wielkie serca…

Miałam jeszcze przez pewien czas poleżeć na boku. Najpierw było mi naprzemian zimno i gorąco, a potem Z.O zaczęło działać. Dobra nasza! Chyba się uda! Oboje z mężem byliśmy już trochę tym wszystkim zmęczeni. Skurcze osłabły, ale nie byłam już pewna, czy naprawdę osłabły, czy też czuję je słabiej przez znieczulenie (co ta chemia robi z człowiekiem!!!!!!!! brrrrrrrrrrr!). “Podkręcili” zatem kroplówę, skurcze stały się mocniejsze, a ja znowu miałam to przykre uczucie, że zupełnie nie panuję nad swoim ciałem… To nie ja rodziłam, to chemia rodziła za mnie… Oksytocyna wypychała, znieczulenie pozwoliło to wytrzymać. To wszytko miało być NIE TAK!

Mój mąż był pewien, że to już czas, ale ja przez tą chemię już całkiem zgłupiałam i WCALE NIE BYŁAM PEWNA… Boże… nie byłam pewna…. BOZE! Dopiero położna musiała mnie zbadać i TAK! – 10 palców. Ponieważ nigdy jeszcze nie badała położenia pśladkowego w pełnym rozwarciu, poczekała skonsultowała to z inną (tyle badań!) i tamta potwierdziła.

No i się zaczęło! Natychmiast pojawił się tłum ludzi, zapalono ostre światło i w tym świetle jupiterów ja z wypiętym tyłkiem, bo byłam “wysokim ryzykiem” (gdzie ta intymność, cisza i przygaszone światło, które pamiętałam z narodzin Manianny?) BLECH!!!

Jako że rodziłam naturalnie pupne położenie, straszna rzadkość, mieli czelność zapytać, czy zgodzę się na studentów…. NIE! Do diabła NIE!!!!!! Chociaż minimum intymności i sam na sam ze sobą, ze swoim ciałem, ze swoim dzieckiem do cholery!!!!!!!!!!… uszanowali…..

Rozłożyli łózko porodowe (Boże, od niepamiętnych czasów czegoś takiego nie używałam, Mariankę urodziłam na stołeczku…), mój mąż ustawił lustro tak, że mogłam wszystko widzieć. Skurcze były już strasznie bolesne, ale do wytrzymania. Przybył lekarz i mogłam zacząć przeć (…..przeć na rozkaz….. ) Po pierwszym skurczu partym zobaczyłam w lustrze, że to dziewczynka 🙂 -jeden z niewielu plusów położenia pośladkowego – Mamy Helenkę – usłyszałam mojego męża. Co za niesamowite uczucie widzieć swoje dziecko, jak się obraca w momencie wyjścia na świat, ale ból przy tym był niesamowity! Lekarz przytrzymał ją za nóżki, żeby się nie wsunęła pomiędzy skurczami, a ja zebrałam wszystkie siły i naparłam tak, jakby od tego zależało moje życie (bo czy poniekąd tak nie było?) i całe maleństwo wysunęło się ze mnie. Co za ulga….. Była dokładnie 16.00, sześć godzin od odejścia wód, niecałe pięć godzin od przybycia do szpitala.

Połozyli ją na moim brzuchu i mój mąż przeciął pępowinę. Potem mogłam na nią popatrzeć i odebrali mi moje szczęście, żeby ją zważyć i zbadać. Tata poszedł za swoją królewną, a ja, już bez asysty urodziłam łożysko. Położna mnie przebadała i nie kryła zdumienia, że nie pękłam… A ja nie kryłam zdumienia, że ona nie kryje zdumienia 🙂

Tata przyniósł Helenkę….. 3580 gramów szczęścia…. Nie spała i wyglądała na bardzo zadowoloną. Zostawiono nas w spokoju na przepisowe dwie godziny. Niestety tata nie mógł zostać z nami tak długo, bo spieszył się po resztę Młodych, żeby jeszcze dzisiaj zobaczyli siostrzyczkę. Nakarmiłam maluszkę, a ona ssała, jakby robiła z tego habilitację 🙂

Po 18 przenieśli nas do naszego pokoju. Salka była dwuosobowa, drugie łóżko na szczęscie puste. Znowu nakarmiłam maluchę i obżarła się nieprzytomnie. Neonatolog, który wpadł ją obejrzeć stwierdził, że z tym wydętym brzuszkiem wygląda jak żaba 🙂 Po 19 przyjechał tata i reszta dzieciaków. Zjadły mi kolację, przyjęły Helenkę do rodziny wkładając jej palce w oczy (to najmłodsze Młode :), Weronika rozbeczała się, bo chciała zabrać maluszkę do domu już dzisiaj 🙂 i zostałam sama na jedyną szpitalną noc… Chciałam wyjść jak najwcześniej, zwykle możliwe jest to po 6 godzinach, ale przez ten nieszczęsny poród pośladkowy pozwolono nam wypisać się dopiero po 24 godzinach (oczywiście na własną prośbę!).

Około 21 przyszła położna zapytac, czy chcę żeby na noc zabrać dziecko, żebym mogła wypocząć…..? Hmmmmmmmmmm…. Przecież niczego więcej nie pragnęłam jak tego, by być z nią sama, co dla mnie, matki wielodzietnej jest naprawdę niewyobrażalnym luksusem!

Od rana musiałam każdemu udowadniać, że naprawdę czuję się świetnie i w ogóle jestem bardzo dobrą (choć wielodzietną – co ponoć wyklucza się wzajemnie), matką… Rozmawiałam z pielęgniarką, z przełożoną pielęgniarek, z lekarzem, z neonatologiem, z jedną z położnych środowiskowych… itp. W końcu wydali mi wszystkie papiery i mogłam iść do domu, choć do końca nie wierzyli, że naprawdę chcę wyjść, co więcej, zmusilil mnie do podpisania, że zabieram dziecko na własne ryzyko… Podpisałam… (mimo to przysłali do nas położną środowiskową już następnego dnia… BEZ UPRZEDZENIA wtrynili nam babę już następnego dnia po powrocie mamy i dziecka do domu!!! Dotychczas położne zawsze się umawiały telefonicznie i to przynajmniej po tydodniu od powrodtu do domu!!! Co chcieli przez to udowodnić????? – cokolwiek by chcieli i tak się im nie udało :)

Wracając do domu zatrzymaliśmy się na moment przy cukierni i kupiliśmy ciasto na “0” urodziny Helenki. Dzieciaki już na nas czekały. A dom? To było NIESAMOWITE! Wysprzątany, kuchnia lśniąca, garnek mojej ulubionej pomidorowej zupy, nawet świeżo upieczony chleb(!) – z zasady nie jemy kupnego pieczywa, co tydzień piekę chlebek, ale tym razem miał być kupny, tak ustaliliśmy już wcześńiej…. Ale mój mąż i dzieciaki sami go upiekli…….. Poryczałam się ze szczęścia…

Potem odśpiewaliśmy Helutce “sto lat” i zjedliśmy ciasto. Dzieciakom bardzo się ten pomysł podobał 🙂

Teraz wszyscy śpią, Helena wyćwiczonym ruchem piastowana jest pod półeczką z klawiaturą – to już czwarte moj noworodek online – Gapek, Weronika, Marianka i teraz ona. 50 centymetrowy ślimak prześlicznie wpasowuje się na kolanach 🙂

Jeszcze raz powtórzę – warto było spróbować bez cesarki!!! W domu po 24 godzinach, bez żadnego nacięcia i rozerwania, ale polecam dpiero przy szóstym dziecku… A może i w domu by się udało??? Ale czy warto ryzykować??? Tego już nigdy się nie dowiem…

Boże! Jakie to kilometrowe wyszło!!!!!!!!! Przepraszam

Agnieszka zHelenąPrzyCycu

38 odpowiedzi na pytanie: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

agnieszka24 Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny albo”pupa”siłami natury-DŁUGIE

Kobieto jesteś dzielna jak mało kto i w ogóle skąd ty bierzesz czas na pisanie takich długich opowieści przy takiej gromadce? Jestem pełna podziwu!!!!!!!!
POZDROWIENIA

Agnieszka i Michałek

iwwoj Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny albo”pupa”siłami natury-DŁUGIE

Bardzo mi sie podoba jak to opisałaś. Jak często bywa poryczałam sie ze wzruszenia ( posprzątane mieszkanko, chlebek, ciacho i sto lat dla Helenki ). Tworzycie cudowną rodzinkę. Jak czytam o niej to zazdroszczę i też chce tyle dzieci. Tylko niestety do tego potrzeba dwoje, a maż narazie nie chce słyszeć o drugim dziecku.
Gratuluje takiej rodziny i pozdrawiam Was wszystkich.

Za jaiś czas chyba będę cię nękać o porady wychowawcze. Bardzo bym chciała aby nasza rodzinka żyła w takiej atmosferze jak Wasza.

maggi Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny albo”pupa”siłami natury-DŁUGIE

świetny opis!!!, pieknie wyglądacie na tym zdjeciu całą rodzinką, pozdrawiamy i zyczymy duzo zdrówka, maggi i córcia 10.10.03

MAGGI

kura-domowa Dodane ponad rok temu,

Dzięki! He he!

,teraz to ja mam luzy niesamowite i wygląda na to, że jeszcze długo będę miała… Bo raz, że Mój Mąż wziął prawie dwa tygodnie wolnego, a dwa że w przyszłym tygodniu przyjeżdza moja mama i też trochę zostanie! Górą nasi! 🙂

A Twój Michałek jest prze, prze,prze-cudny, imenniczko!

Agnieszka zHelenąPrzyCycu

Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny albo”pupa”siłami natury-DŁ

ogromne gratulacje!!!!!!!!!!!podziwiam Cie za Twoją zaradność, niejedna z nas nie ma na nic czasu zajmując się jednym dzieckiem a co dopiero większą gromadką. Jesteś wielka!
Jeszcze raz gratuluję! No i ten poród pośladkowy!
. Kasia i Kamilka (Helena ma na drugie).

goha Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny albo”pupa”siłami natury-DŁUGIE

Tym razem nie napiszę Ci “gartuluje”, juz Ci to pisałam przecież. Ale napiszę Ci po raz kolejny, uwielbiam Cię czytać
Tyle w Tobie pogody i optymizmu… dzięki Tobie czuję, że i u nas wszystko będzie dobrze
Dziękuję…

PS Właśnie w taki oto sposób ładuję swoje akumulatory kosztem innych

GOHA i Dareczek 5 m-cy (02.04.03)

effcia Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁU

Babo mila! jestes wielka!!!!!!! chyle czola!!!
gratulacje raz jeszcze i buzialki dla Helenki!!!

styna24 Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

ALe mi sie milo czytalo :)) Gratulacje tak szybkiego porodu, jestes dzielna, tyle bolu wytrzymac, podziwiam!

pozdrawiam cieplo

madzia-s Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Kobieto, jak ja Cię podziwiam!!!!! Jesteś niesamowita. Życzę dużo radości i szczęścia.
A dzieciaki masz superowe!!!!

madzia_s

lea Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

chyba najciekawszy opis, jaki tu czytalam… gratuluje wszystkiego – choc w wielu punktach sie nie zgadzamy…. nigdy bym nie probowala rodzic w takim polozeniu – wiem, ze mialas inna sytuacje i ze wszystko sie udalo, to cudowne, po prostu jednak po swoim pierwszym porodzie nie podjelabym sie tego, bo wtedy wszystko mialo byc dobrze a i tak bylo źle 🙁

pocieszylas mnie bardzo uwagą, ze poród wspomagany bardziej boli… u mnie mimo odejscia wód, skurczów i w ogóle calej otoczki (ciaza byla wspomagana fenoterolem z powodu skurczów od 6. miesiaca) dziecko nei schodzilo a rozwarcie posuwalo sie jak slimak, dostalam wiec wspomagacze, i to niejeden… bolalo mnie jak diabli, i to 36 godzin z malymi przerwami a dzieki Twoim slowom wiem, ze mialo prawo bolec i ze to ni tylko byl niski próg wytrzymalosci na ból.. ja nie moglam wstac, caly czas czulam po prostu rozrywanie na calego, badalo mnei 7 osób, niektóre tak bolesnie, ze gotowa bylam zabic 🙁

jestem bardzo zaskoczona niektorymi Twoimi uwagami – np.ze trudno bylo znaleźć lekarza podzielającego Twoje poglądy na wielodzietnosc i sposób rodzenia… czytajac forum i znając niejednego lekarza… jestem zaskoczona, ze u Ciebie jest akurat tak

mysle tez ze niesprawiedliwie oceniasz te wizyte poloznej w domu
wiem, ze w wiekszosci miejsc taka wizyta odbywa sie w sposob niezapowiedziany, jest to norma i nie nalezy traktowac tego podejrzliwie, rozumiem, ze spotykalas sie z nieprzyjemnymi uwagami, podejrzliwoscią, ale nie wiem, czy powinnas w taki sposob odczytywac intencje wszystkich… czy mialas juz porod w tym szpitalu przedtem? polozna od nich? moze w tym szpitalu czy przychodni (u mnie polozna jest z przychodni nie szpitala) polozna zawsze przychodzi bez uprzedzenia
i jestem pewna ze w wielu miejscach jest to norma, robilam na forum jeszcze przed moim porodem wywiad w tej sprawie, bo sie przejmowalam tą wizyta
w moim miescie bez wzgledu na to z jakiego osrodka jest polozna – przychodzi bez uprzedzenia, nawet nie zapowiada, kiedy ponownie sie pojawi

milo, ze zapytano,czy chcesz studentow – zazwyczaj nei pytaja.. w ogóle szpital opisany przez Ciebie wydaje mi sie sympatyczny.. znam wiele gorszych, czytalam o koszmarnych wrecz… wobec tego wszystkiego zwykla nieufnosc lekarzy wobec slow matki, ktora upiera sie ze zna swoje cialo zanim jeszzce ją sami zbadają – wydaje mi sie drobiazgiem.. na pewno uslyszalas wiele niemilych slow, jakich tu nam nie przytaczasz,ale wydaje mi sie ze w szpitalu Twoim jednak przewaza troska i pojscie na reke rodzącej, szanowanie jej praw i wyborów – w wielu miejscach dzis sie z tym nie spotyka.. wystarczy przytoczyc drastyczny przyklad, jak to rodzącej kazanona korytarzu samodzielnie sprzatac po sobie wody albo krwawiącej dzien po porodzie – zmywac podłoge 🙁 ze nie wspomne juz o tym ze mowi sie nam jak mamy rodzic i nie daje wyboru – np. przy polozeniu posladkowym – tu na forum jedna dziewczyne pierworódke lekarz chcial zmusic do rodzenia w ten sposob, oczywiscie zmienil zdanie kiedy dostał łapówke… w wiekszosci szpitali tez pocieliby Ci krocze z zalozenia, bo tna wszystkich, jak leci i nie patrza na Twoje zdanie.. a potem sie dziwia ze ktos nie popekał bo nie był cięty….

na koniec chcialam powiedziec, ze jestes bardzo dzielna, urodzilas to dziecko sama, nie powinnas chyba tak akcentowac tego udziału znieczulenia i oksytocyny, czytając to mam wrazenie, jakbys nizej oceniała porody na wspomaganiu, a mój cesarkowy, ktory uratował moje dziecko to juz wogóle nie moja zasługa i przyjemnosc jakas 🙁 wiem, ze tak nie uwazasz, ale takie rzeczy sie nasuwaja, kiedy czyta sie opis dzielnej kobiety rodzacej posladkowo ułozonego bobaska i jeszcze niezadowolonej z pomocy… wiem, ze marzylas o takim porodzie i masz prawo do swojego malutkiego rozczarowania… ale wymiar bólu nie przeklada sie na zasługi w porodzie, znieczulenie nie odbiera pełni macierzynstwa i nei liczy sie tylko to, co “bardziej naturalne” i ogołocone z pomocy… wiem, ze wiesz to wszystko…. jednak musialam sie wygadac… kiedys juz napisalam komus cos podobnego i uslyszalam w odpowiedzi, ze chyba mam problem ze soba i sama czuje sie niedowartosciowana bo nie urodzilam naturalnie.. nie wydaje mi sie, bo w takim prypadku uwazalabymza punkt honoru powtórzyc próbe rodzenia naturalnie – a nie zamierzam tego robic po swoich przejsciach, na łatwizne tez nie poszłam, jesli ktos tak mysli, niech rodzi przez 36 godzin ze skurczami co nawet 3 – 2 minuty bez skutku i niech potem da sie pokroic, moze uzna to za łatwizne… hihihi 😉
no to wyszedł mi elaborat… ech… naprawde załuje ze taka mama jak Ty nie ma wiecej czasu na forum, ani nawet taka mama jak ja, bo o niejedno chcialabym Ciebie zapytac i niejednego sie dowiedziec, ba.. zobaczyc… zycie nabiera jakiegos innego wymiaru kiedy sie Ciebie czyta…

gratuluj cudownej rodziny i tego swojskiego chlebka po powrocie do domu… moj powrót był niestety diametralnie inny 🙁

pikpok Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Jesteś tak niesamowitą osobą, że chętnie bym Cię poznała osobiście 🙂 Można wiedzieć gdzie mieszkasz? Może kiedyś przejazdem bym Was odwiedziła… Z tego co czytam wnioskuję, że mogłaby to być pouczająca znajomość :-).

Agnieszka i Olo (ur. 11.01.2002)[Zobacz stronę]

kura-domowa Dodane ponad rok temu,

I tak i nie i wogóle…. Re: Cud narodzin

Leo, nigdy Cię na oczy nie widziałam, nawet niewiele postów Twoich czytałam, ale już czuję, że Cię lubię 🙂 Bo potrafisz mnie sprowokować. Do myślenia. Do działania. Do zalogowania się wreszcie 😉 Pomińmy cały ten gratulacyjno-och-achowy wersal i walmy między oczy.

“…. nigdy bym nie probowala rodzic w takim polozeniu – wiem, ze mialas inna sytuacje i ze wszystko sie udalo, to cudowne, po prostu jednak po swoim pierwszym porodzie nie podjelabym sie tego, bo wtedy wszystko mialo byc dobrze a i tak bylo źle 🙁

Gdyby… Gdyby mój pierwszy poród był taki jak Twój… Szczerze mówiąc pierwszy też nie był bajką, bo to szesnaście lat temu (another world, another time) było, ale GDYBY był aż tak koszmarny jak Twój… Gdyby moje następne porody były takie jak Twój… (ten z Weroniką sprzed 2,5 roku był “w typie Twojego”, choć mi jeszcze 1,5 doby brakowało i bez cc się obeszło… choć był moment że o to BŁAGAŁAM… nie zrobili, kazali przeć… brrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr)

Gdyby… Gdyby szafa miała sznurki to by była winda.

jestem bardzo zaskoczona niektorymi Twoimi uwagami – np.ze trudno bylo znaleźć lekarza podzielającego Twoje poglądy na wielodzietnosc i sposób rodzenia… czytajac forum i znając niejednego lekarza… jestem zaskoczona, ze u Ciebie jest akurat tak

A ja jestem zaskoczona, że jesteś zaskoczona… I może tyle wystarczy, dobrze?

mysle tez ze niesprawiedliwie oceniasz te wizyte poloznej w domu wiem, ze w wiekszosci miejsc taka wizyta odbywa sie w sposob niezapowiedziany,….

????? ZAWSZE położne uprzedzały o swoim przyjściu!!!! Rodziłam w paru szpitalach i coś takiego zdarzyło mi się po raz pierwszy! W tym szpitalu pierwszy raz, może u nich takie zwyczaje (szok!), z ciekawości się dowiem, jak do świata żywych wrócę.

Co do szpitala, to wiem, że jest niezły, nawet w gazetowym przewodniku po szpitalach jakieś wyróżnienie zdobył.. dlatego tam poszłam – to tak na marginesie 🙂
jak to rodzącej kazanona korytarzu samodzielnie sprzatac po sobie wody albo krwawiącej dzien po porodzie – zmywac podłoge 🙁
I tak bym tego nie zrobiła… Bo co? Pobiją mnie? Wyrzucą? Zmuszą? Zamordują? No nie wiem? Szczerze mówiąc po prostu sobie tego nie wyobrażam i tyle!

I jeszcze jedna uwaga, zanim przejdę do meritum – jesteś niesamowicie silną osobą! Słoneczko, na twarz przed Tobą padam po Twoim opisie porodu! 36 godzin… Boże tego nikt by nie zniósł…!!!!!!! A 36 godzin oksytocyny…. Nie! To NIEMOŻLIWE!!!

na koniec chcialam powiedziec, ze jestes bardzo dzielna, urodzilas to dziecko sama, nie powinnas chyba tak akcentowac tego udziału znieczulenia i oksytocyny, czytając to mam wrazenie, jakbys nizej oceniała porody na wspomaganiu, a mój cesarkowy, ktory uratował moje dziecko to juz wogóle nie moja zasługa i przyjemnosc jakas 🙁 wiem, ze tak nie uwazasz, ale takie rzeczy sie nasuwaja, kiedy czyta sie opis dzielnej kobiety rodzacej posladkowo ułozonego bobaska i jeszcze niezadowolonej z pomocy…

A to “na koniec” wydaje mi się najciekawsze… Tutaj dochodzimy do “tak i nie i wogóle”… TAK jestem niezadowolona z chemii, NIE nie oceniam “niżej” porodów wspomaganych i cesarkowych, to znaczy, źle oceniam w swoim przypadku, ale nie w przypadku innych(!!!) COBY BYŁO JASNE!!!!… Może czujesz o co mi chodzi… Ja WIEM na co mnie “stać”, więcej – wiem czego oczekiwałam od swojego (prawdopodobnie) ostatniego porodu… Konfrontacja marzeń z rzeczywistością bywa ochydna! I te ciągłe wątpliwości, czy nie dałabym rady w domu…. “CO? JA NIE DAM RADY?!?” Uwierz mi, to jakby kierowca Formuły1 miał stłuczkę w korku prowadząc Malucha… tak to odbieram, a żadne lepsze porównanie do głowy mi nie przychodzi… hi hi.

A już tak zupełnie na koniec – co do Twojego CC, i “pseudo-niedowartościowania” to znam (wirtualnie) mamę, w USA mieszkającą, mamę trzynaściorga dzieci, która ostatnią swoją ósemkę urodziła przez CC!!!! NIe wydaje mi się, by czuła się “gorsza”… Więcej! Ona umiera z rozpaczy, że chłopczyk którego urodziła w tym roku jest jej ostatnim dzieckiem, bo mimo że wszystkie swoje cesarki odbyła w najlepszej na świecie klinice wyspecjalizowanej w cięciach, otwarcie powiedzieli, że jej macica nie wytrzyma kolejnej ciąży… Ta kobieta marzyła o 15 dzieci i teraz ja ją namawiam do adopcji…
Luźna dygresja jeno…

PS> Najbardziej zmartwił mnie ostatni akapit, cytuję “moj powrót był niestety diametralnie inny :-(“????

PS2. Mateuszek jest słodki, słodki, słodki… Będę to powtarzać do pełnoletności Helenki 🙂

Agnieszka zHelenąPrzyCycu

lea Dodane ponad rok temu,

I tak i nie i wogóle…. Re: Cud narodzin

ale mam wyrzuty sumienia, ze prowokuje tak zajeta mame do pisania tak dlugiego… 😉 ja obecnie pisuje mniej, ale przez blisko rok prawie nic nie robilam tylko na forum siedzialam.. te czasy mineły…. ech…
mysle, ze sie dobrze rozumiemy… po prostu musialam sie wygadac… myslalam, ze polozna u nikogo sie nie zapowiada… ja czekalam wprawdzie 3 dni na nia ale kazdego mogla przyjsc, do mojej znajomej przyszla po powrocie od razu, dwa razy jej nie zastala, bo kolezanka nei miala ochoty czekac na wielka niewiadoma… 🙂

tak sobie mysle o moim porodzie… nie zdecydowalabym sie ze wzgledu na dziecko… u mnie pomijam te godziny… staram sie pomijac, to pamieta sie mniej (sama wiesz, jak… ), szokiem dla mnie bylo natomiast to, ze mimo wynikow ktg podlaczonego niemal non stop nei sposob bylo okreslic stanu dziecka i wyczuc tak duzego zagrozenia dla niego… gdyby mi to ktos opowiedzial, pewnie bym sie nie bala, ale ja to przezylam, dlugi porod ogarnity mimo wszystko jakims spokojem, a potem zaskoczenie, ze spokoj byl nieuzasadniony… po prostu nie zaufam teraz zadnemu badaniu lekarskiemuna tyle, by spokojnie wkroczyc na porodówke… moj porod bylby paniką, obawa, ciagłym błaganiem o kolejne badanie, nic na to nie poradze, przed oczami mam wizje podduszanego dziecka i naprawde przecietnego personelu mojego szpitala, w ktorym brak podstawowego sprzetu… byliby bezradni…
a cesarka… dla mnie byla aktem wielkiej odwagi… 🙁 od wielu lat perspektywa narkozy czy operacji byla dla mnie czyms strasznym, a co dopiero operacja w pelnej swiadomosci… mysle ze musialam byc bardzo zmeczona, skoro sie zgodzilam (bo mialam wybór jeszcze) na operacje
dla mnie to bylo jakby sie z zyciem zegnala oby tylko dzieciatko bylo juz bezpieczne
przedtem bardzo, bardzo nie chcialam cesarki – ale nie z powodu pragnienai rodzenia naturalnego…. cesarka kojarzyla mi sie przede wszystkim z zagrozeniem, komplikacjami, dla mnie i dziecka

moj porod sie przedluzal, a nikt nie panikowal, nikt nie mowil ze to dziwne czy zle i nikt nie czul sie zaniepokojony, chyba az do przesady… nie czulam sie pozostawiona samej sobie, ale dzis na pewno nalegalabym bardzo na to by sprawdzali wszystko po 10 razy, a tego nasze szpitale nam nie gwarantują 🙁

no i mąż wygania mnie sprzed kompa 🙁

anwa30 Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

gratulacje poraz kolejny! chciałam ci tylko napisac jeszcze, ze u mnie połozna równiez chodzila bez “zapowiedzi”, i przyszła do nas dzień po powrocie ze szpitala, czym zreszta bardzo nas ucieszyła!

pozdrawiamy
ania z agulką 04.03.03.

ciku Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Jaka Ty jestes niesamowita! Gdzie szukac takich kobiet? Powinni o Tobie zrobic program w telewizji… :))
Piekny opis i ogolnie same zachwyty:)

Ciku i cikus(ia)
10 luty 2004

Dodane ponad rok temu,

Re: 🙂

tez jestem pod wielkim wrazeniem, nawet nie wiem co napisac..
przy takich osobach jak ty i Lea czuje sie malutkim pylkiem:-)
Ula i Adaś

Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

jestes moim idolem!
pieknie to wszystko opisalas…

Gaba i Marysia (14miesięcy) + Fasola! (6 tygodni)

magonil Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Jestem pod wrażeniem….
Podziwiam Ciebie i oczywiście gratuluję córeczki !!!
Dużo zdrówka dla całej Waszej Rodzinki !!!
Pozdrawiam serdecznie

Małgosia i Weronika – 30.10.

ala25 Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Wiesz co? ja chyba jeszcze nigdy nie powiediałam ” urodziłam”. Nie wiem jakies takie niedowartosciowanie :-(((((((


Ala i Filipek
ur.29.07.2003

ala25 Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Ja równiez podziwiam ! To nielada wyczyn!


Ala i Filipek
ur.29.07.2003

Znasz odpowiedź na pytanie: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Dodaj komentarz

Oczekując na dziecko
Pazdziernikowki - jak urodzil sie Mateuszek
Drogie Pazdziernikowki i nie tylko. Jak dawno do was nie pisalam. W moim imieniu pisala do Was moja przyjaciolka (sprawdzila sie w 200%, kazdemu zycze takiej przyjaciolki) z prosba o modlitwe w
Czytaj dalej
Noworodek, niemowlę
SYNDROM INCHAUSENA.
Nie wiem jak to się pisze dokładnie, ale własnie widziałam film o tum w telewizji. To było okropne. Ten syndrom występuje u dzieci które są maltretowane przez własne matki. Ale
Czytaj dalej