Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Po tym, ile czasu zajęło staranie o kolejną ciążę z poprzednią dzidzią Marianką, byłam zaskoczona, że tym razem udało się nam zaledwie za drugim razem…. Pierwszy test wykazał słabiutką linię po około 20 minutach. Wiem, że kreseczka to kreseczka, ale to był zaledwie cień… Odczekałam dwa długie dni i spróbowałam ponownie. Tym razem plusik pojawił się już po 10 minutach, ale nadal był to BARDZO nikły ślad. Następnego dnia całkiem wyraźny ślad pojawił się już po 5 minutach. TAK! Wyliczyłam sobie zatem, że mój termin przypada na 2 października.

W siódmym tygodniu spotkałam się po raz pierwszy z lekarzem prowadzącym. Już w drzwiach poinformowałam go o tym, że jestem w ciąży i o wyliczonym terminie. Po badaniu wszystko się potwierdziło. Nawet nie było potrzebne podawanie daty ostatniej miesiączki 🙂 Po tej wizycie stwierdziłam, że szybko muszę poszukać innego lekarza. Nie! Ten człowiek ZDECYDOWANIE nie wpływał dodatnio na moje samopoczucie! (cóż z tego, że to moja siódma ciąża…) [Dygresja]Sama historia poszukiwania nowego lekarza, który zaakceptowałby moje wybory co do liczby dzieci i sposobów ich rodzenia przekroczyłaby objętość paru takich postów 🙂 Ale udało się! [/koniec dygresji]

Tym razem nie rzygałam każdego ranka, jak w poprzednich ciążach, ale poranne mdłości przez długi czas porządnie mi się we znaki dawały. /Obrzydliwe, wiem :D/

Miałam cztery USG: w 9, 13, 20 i 35 tygodniu ciąży. Wszystkie wykazały prawidłowo rozwijające się dziecko płci nieznanej (bo rodzice bardzo chcieli niespodziankę – co samo w sobie ewenement stanowić musiało, bo NIKT uwierzyć nam nie chciał, że płci naprawdę ale to NAPRAWDĘ znać nie chcemy), tyle że ułożohe pupą do dołu….USG w 35 tygodniu wykazało, że dzidzia waży równe 3 kilogramy, ale jest nadal tyłkiem na dół (co żadnym zaskoczeniem nie było, bo kopnięcia czułam w dolnych partiach, a nie na górze, jak w poprzednich ciążach).

To była moja siódma ciąża (szóste dziecko) i tym razem naprawdę liczyłam na poród domowy. Planowałam go od 3 lat (i trzech ciąż), z tym, że poprzednie dzieci wcześniakami się okazywały, co z zasady wykluczało poród poza szpitalem… Tym razem po przekroczeniu 35 tygodnia ufałam, że się uda… Ta nieszczęsna pupa po raz kolejny pokrzyżowała moje plany…. Byłam przekonana, wierzyłam (i nadal tak jest!), że poród w domu, jest najbezpieczniejszą i najbardziej naturalną metodą wydania kolejnego dziecka na świat. Ale tylko w przypadku gdy ma się tak duże doświadczenie i taką znajomośc swojego ciała i swoich reakcji, jakie ja mam, gdy ciąza przebiega bez komplikacji, gdy wsłuchuje się w swoje ciało i prawidłowo odczytuje reakcje dziecka, które właśnie się rodzi… Ta nieszczęsna pupa znowu pomieszała nam szyki…. NIE! Nie jestem TAK szalona, żeby decydować się na poród pośladkowy w domu…

W 37 tygodniu odetchnęłam z ulgą… Wcześniaka nie będzie i nic nie wskazuje, żeby szybko Dzidzia miała się urodzić. Nic? Oprócz uczonej opinii mojego Pana Doktora, że niewiele czasu jest mi jeszcze pisane, pojawiło się COŚ. Coś jeszcze… Coś się dziać jednak zaczęło… Jakaś chroniczna bezsenność, uczucie nieznane z poprzednich ciąż i kompletnie źle przeze mnie zinterpretowane… Gdy jednak w piątek, 12 września pojawił się typowy i doskonale mi znany stan niepokoju, niepewności, braku bezpieczeństwa, gdy tylko do domu i urodzić, wiedziałam, że już niedługo…

W sobotę, 13 września pojawiły się liczne skurcze, a uczucie niepokoju nie tylko nie osłabło, ale się nasiliło. Wieczorem było to niemal nie do wytrzymania. Starsze dzieci zrobiły kolację i położyły młodsze spać. Byłam pewna, że nie doczekam do rana i dziękowałam Panu, że to w łykend. I najstarsza córka w domu, mój mąż na posterunku. TAK! Zdecydowanie Opatrzność nad nami czuwa 🙂

Przyszedł niedzielny ranek i WSZYSTKO SIĘ SKOŃCZYŁO! Nie tylko skurcze ustały, ale uczucie niepokoju odeszło, więcej – pojawił się jakiś niesamowity spokój i przekonanie, że to jeszcze nie teraz. Około 9 byłam już pewna, że wszystko co do tej pory czułam to był jeden wielki fałszywy alarm.

Cóż, malutka miała zupełnie inne plany…. Niesamowicie ostre skurcze pojawiły się nagle o 9:30 a wody odeszły ok. 10. Usiadłam na kibelku i wszystko ze mnie wyciekło. Niemal w ostatniej chwili wpadłam na pomysł złapania choć paru kropel w jałowy pojemniczek do badań moczu, jakich jeszcze parę mi zostało. W poprzedniej ciąży nie uwierzyli mi, że wody mi już odeszły, tym razem chciałam uniknąć dodatkowej pyskówki i takiegoż stresu. Zadzwonilam do sąsiadko-przyjacióki, która obiecała zająć się dziećmi. W czasie, gdy na nią czekaliśmy, mój mąż dopakował szpitalną torbę (w 90 procentach była spakowana wcześniej). Przy okazji zmierzył odstępy między skurczami i wyszło, że pojawiają się co 6 minut. Rany! byłam pewna że nie częściej niż co 15 minut! W końcu sąsiadka przyszła, pożegnałam się z młodszym Drobiazgiem, obiecałam, że wrócę jak najszybciej, użyłam dwóch pieluszek tetrowych jako zabezpieczenia przed ewentualnym dodatkowym wyciekiem i ruszyliśmy do szpitala.

W samochodzie mierzyłam odstępy pomiędzy skurczami i były nadal co 5 minut. Odczuwałam je jako mocny ucisk przesuwający się coraz niżej. Doszłam do wniosku, że to dzidzia przesuwa się coraz bardziej na dół. Na ostatnim USG była nadal tak wysoko, że nie obawiałam się porodu w somochodzie. Popełniłam jednak błąd i dokładnie opowiedziałam mojemu mężowi o swoich odczuciach… Do samego szpitala bał się, że to tuż tuż 🙂 W końcu żartowaliśmy sobie, że przydałoby się zdjęcie szpitala, żeby nieco zatrzymać skurcze, bo poprzednio było na ogół tak, że na widok szpitala w jakiś magiczny sposób skurcze zanikały 🙂

Po 11 dojechaliśmy do szpitala. Na izbie przyjęć od razu wręczyłam położnej swój “dowód”, że wody odeszły 🙂 Wyglądała na zdziwioną, ale efekt osiągnęłam i nikt nie kwestionował samego faktu, że poród naprawdę się zaczął. Przystąpiono zatem do formalności. Na pytanie, czy to moje pierwsza ciąża roześmialam się 😉 Nie, siódma i wody odeszły. Najdziwniejsze było, że skurcze nie ustąpiły, jak to było przy poprzednich porodach, że na izbie przyjęć z reguły wydawało mi się, że “to nie to”.

W końcu przszła pani doktor, bardzo bardzo bardzo młoda i na nowo rutynowe pytania. Pani doktor głośno żuła gumę i strasznie przypominała mi moją najstarszą córkę, Monikę 🙂 Spojrzałam na mojego męża i zauważyłam, że myśli dokładnie o tym samym. Mrugnęłam do niego, on się roześmiał, a pani doktor wyraźnie się speszyła. Zrobiła przy tym dokładnie taką minę, jaką zrobiłaby Monika 🙂 Rany, to już daleko posunięta starość, gdy lekarka w izbie przyjęć wygląda i zachowuje się jak twoje najstarsze dziecko he he!

Potem dostałam do podpisania tony papierów, w tym jeden, że odmawiam cesarki do momentu gdy życie dziecka nie będzie w sposób jednoznaczny zagrożone. Oczekiwałam, że będę musiała stoczyć o to wojnę, a tu niespodzianka – wystarczył jeden mały podpis…

Potem badanie. Na wstępie uprzedziłam panią doktor, że zwykle rozwarcie zatrzymuje się u mnie na 4 palcach. Potwierdziła tę magiczną czwórkę… Znam swoje ciało 🙂 Bez problemu wyczuwała dziecko, ale to też wiedziałam już wcześniej, bo czułam jak się dzidzia obsuwa w kanale rodnym. W międzyczasie pani doktor musiała wypluć tę nieszczęsną gumę, i w ogóle okazała się bardzo sympatyczna 🙂

W końcu skierowano nas do pokoju. Blech! Na samym końcu korytarza 🙁 Parę minut zajęło mi doczołganie się tam… Położna już na nas czekała… Niestety, kroplówa… Ale skoro chciałam spróbowac rodzić pupę naturalnie, to bez wspomagania mogłoby się nie udać….

Skurcze zaczęły się pojawiać co 4 minuty i bolały jak cholera! Znaczy kroplówa zadziałała… Z drugiej strony to dobrze, może się uda! Ale się na serio przestraszyłam, że jeżeli już teraz tak boli (zupełnie zupełnie inaczej, 150 razy gorzej niż przy nie-wspomaganym), to co będzie pod koniec… Złamałam się… Poprosiłam o Z.O… Wcześniej zakładałam taką możliwość i już nawet rozmawiałam z anestezjologiem. Teraz przyszedł i podczas wkłuwania (brrrrrrrrrrrr ble blech!!!!) rozmawialiśmy o dzieciakach i o tym jak lubią sypiać w łózku rodziców (głupie, nie?) Lekarz był bardzo sympatyczny, a na koniec powiedział (patrząc na zdjęcie Młodych, które zabrałam ze sobą do szpitala), że mamy cudowne dzieciaki i musimy mieć wielkie serca…

Miałam jeszcze przez pewien czas poleżeć na boku. Najpierw było mi naprzemian zimno i gorąco, a potem Z.O zaczęło działać. Dobra nasza! Chyba się uda! Oboje z mężem byliśmy już trochę tym wszystkim zmęczeni. Skurcze osłabły, ale nie byłam już pewna, czy naprawdę osłabły, czy też czuję je słabiej przez znieczulenie (co ta chemia robi z człowiekiem!!!!!!!! brrrrrrrrrrr!). “Podkręcili” zatem kroplówę, skurcze stały się mocniejsze, a ja znowu miałam to przykre uczucie, że zupełnie nie panuję nad swoim ciałem… To nie ja rodziłam, to chemia rodziła za mnie… Oksytocyna wypychała, znieczulenie pozwoliło to wytrzymać. To wszytko miało być NIE TAK!

Mój mąż był pewien, że to już czas, ale ja przez tą chemię już całkiem zgłupiałam i WCALE NIE BYŁAM PEWNA… Boże… nie byłam pewna…. BOZE! Dopiero położna musiała mnie zbadać i TAK! – 10 palców. Ponieważ nigdy jeszcze nie badała położenia pśladkowego w pełnym rozwarciu, poczekała skonsultowała to z inną (tyle badań!) i tamta potwierdziła.

No i się zaczęło! Natychmiast pojawił się tłum ludzi, zapalono ostre światło i w tym świetle jupiterów ja z wypiętym tyłkiem, bo byłam “wysokim ryzykiem” (gdzie ta intymność, cisza i przygaszone światło, które pamiętałam z narodzin Manianny?) BLECH!!!

Jako że rodziłam naturalnie pupne położenie, straszna rzadkość, mieli czelność zapytać, czy zgodzę się na studentów…. NIE! Do diabła NIE!!!!!! Chociaż minimum intymności i sam na sam ze sobą, ze swoim ciałem, ze swoim dzieckiem do cholery!!!!!!!!!!… uszanowali…..

Rozłożyli łózko porodowe (Boże, od niepamiętnych czasów czegoś takiego nie używałam, Mariankę urodziłam na stołeczku…), mój mąż ustawił lustro tak, że mogłam wszystko widzieć. Skurcze były już strasznie bolesne, ale do wytrzymania. Przybył lekarz i mogłam zacząć przeć (…..przeć na rozkaz….. ) Po pierwszym skurczu partym zobaczyłam w lustrze, że to dziewczynka 🙂 -jeden z niewielu plusów położenia pośladkowego – Mamy Helenkę – usłyszałam mojego męża. Co za niesamowite uczucie widzieć swoje dziecko, jak się obraca w momencie wyjścia na świat, ale ból przy tym był niesamowity! Lekarz przytrzymał ją za nóżki, żeby się nie wsunęła pomiędzy skurczami, a ja zebrałam wszystkie siły i naparłam tak, jakby od tego zależało moje życie (bo czy poniekąd tak nie było?) i całe maleństwo wysunęło się ze mnie. Co za ulga….. Była dokładnie 16.00, sześć godzin od odejścia wód, niecałe pięć godzin od przybycia do szpitala.

Połozyli ją na moim brzuchu i mój mąż przeciął pępowinę. Potem mogłam na nią popatrzeć i odebrali mi moje szczęście, żeby ją zważyć i zbadać. Tata poszedł za swoją królewną, a ja, już bez asysty urodziłam łożysko. Położna mnie przebadała i nie kryła zdumienia, że nie pękłam… A ja nie kryłam zdumienia, że ona nie kryje zdumienia 🙂

Tata przyniósł Helenkę….. 3580 gramów szczęścia…. Nie spała i wyglądała na bardzo zadowoloną. Zostawiono nas w spokoju na przepisowe dwie godziny. Niestety tata nie mógł zostać z nami tak długo, bo spieszył się po resztę Młodych, żeby jeszcze dzisiaj zobaczyli siostrzyczkę. Nakarmiłam maluszkę, a ona ssała, jakby robiła z tego habilitację 🙂

Po 18 przenieśli nas do naszego pokoju. Salka była dwuosobowa, drugie łóżko na szczęscie puste. Znowu nakarmiłam maluchę i obżarła się nieprzytomnie. Neonatolog, który wpadł ją obejrzeć stwierdził, że z tym wydętym brzuszkiem wygląda jak żaba 🙂 Po 19 przyjechał tata i reszta dzieciaków. Zjadły mi kolację, przyjęły Helenkę do rodziny wkładając jej palce w oczy (to najmłodsze Młode :), Weronika rozbeczała się, bo chciała zabrać maluszkę do domu już dzisiaj 🙂 i zostałam sama na jedyną szpitalną noc… Chciałam wyjść jak najwcześniej, zwykle możliwe jest to po 6 godzinach, ale przez ten nieszczęsny poród pośladkowy pozwolono nam wypisać się dopiero po 24 godzinach (oczywiście na własną prośbę!).

Około 21 przyszła położna zapytac, czy chcę żeby na noc zabrać dziecko, żebym mogła wypocząć…..? Hmmmmmmmmmm…. Przecież niczego więcej nie pragnęłam jak tego, by być z nią sama, co dla mnie, matki wielodzietnej jest naprawdę niewyobrażalnym luksusem!

Od rana musiałam każdemu udowadniać, że naprawdę czuję się świetnie i w ogóle jestem bardzo dobrą (choć wielodzietną – co ponoć wyklucza się wzajemnie), matką… Rozmawiałam z pielęgniarką, z przełożoną pielęgniarek, z lekarzem, z neonatologiem, z jedną z położnych środowiskowych… itp. W końcu wydali mi wszystkie papiery i mogłam iść do domu, choć do końca nie wierzyli, że naprawdę chcę wyjść, co więcej, zmusilil mnie do podpisania, że zabieram dziecko na własne ryzyko… Podpisałam… (mimo to przysłali do nas położną środowiskową już następnego dnia… BEZ UPRZEDZENIA wtrynili nam babę już następnego dnia po powrocie mamy i dziecka do domu!!! Dotychczas położne zawsze się umawiały telefonicznie i to przynajmniej po tydodniu od powrodtu do domu!!! Co chcieli przez to udowodnić????? – cokolwiek by chcieli i tak się im nie udało :)

Wracając do domu zatrzymaliśmy się na moment przy cukierni i kupiliśmy ciasto na “0” urodziny Helenki. Dzieciaki już na nas czekały. A dom? To było NIESAMOWITE! Wysprzątany, kuchnia lśniąca, garnek mojej ulubionej pomidorowej zupy, nawet świeżo upieczony chleb(!) – z zasady nie jemy kupnego pieczywa, co tydzień piekę chlebek, ale tym razem miał być kupny, tak ustaliliśmy już wcześńiej…. Ale mój mąż i dzieciaki sami go upiekli…….. Poryczałam się ze szczęścia…

Potem odśpiewaliśmy Helutce “sto lat” i zjedliśmy ciasto. Dzieciakom bardzo się ten pomysł podobał 🙂

Teraz wszyscy śpią, Helena wyćwiczonym ruchem piastowana jest pod półeczką z klawiaturą – to już czwarte moj noworodek online – Gapek, Weronika, Marianka i teraz ona. 50 centymetrowy ślimak prześlicznie wpasowuje się na kolanach 🙂

Jeszcze raz powtórzę – warto było spróbować bez cesarki!!! W domu po 24 godzinach, bez żadnego nacięcia i rozerwania, ale polecam dpiero przy szóstym dziecku… A może i w domu by się udało??? Ale czy warto ryzykować??? Tego już nigdy się nie dowiem…

Boże! Jakie to kilometrowe wyszło!!!!!!!!! Przepraszam

Agnieszka zHelenąPrzyCycu

Strona 2 odpowiedzi na pytanie: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

pikpok Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Ja tez miałam cesarke i używam słowa “urodziłam”, kiedy tylko mam ochotę.

Olo jest ze mnie zrodzon, z moich komórek, moją krwią, w moim ciele karmion!!!! Powiem wiecej nawet mój mąż może powiedzieć, że zrodził syna, bo tak też było.
Myslę, że “urodzić” nie znaczy wypchnąć przez pochwę, tylko – dać życie. Ktoś się ze mną nie zgadza?

Pozdrawiam
Agnieszka & Olo (11.02.2002)

[Zobacz stronę]

ala25 Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

“`Zgadzam sie jak najbardziej tylko w moim przypadku tak sie wszystko szybko potoczyło, ze praktycznie nie wiem co to poród a tymbardziej ból porodowy. Zanim sie zacelo cokolwiek przypadkowo stwierdzono spadek tetna na kontrolnym ktg i podjeto natychmiast decyzje o cc – po 2 min. synek byl juz na swiecie


Ala i Filipek
ur.29.07.2003

ala25 Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Dodam jeszcze, ze chyba mój maz,,bardziej niz ja” urodził. On pierwszy widział, tulił, całował :(((((( Mi synka przynósł tylko na chwile godzine po jego urodzeniu (ze wzgledu na szmer w sercu musial pozostac całą noc na sali noworodków:-((((((((()


Ala i Filipek
ur.29.07.2003

pikpok Dodane ponad rok temu,

Ciesz się 🙂

Ciesz się, że możesz swoje macierzyństwo utożsamiać z miłymi chwilami a nie z bólem, nie okupiłyśmy cierpieniem narodzin swoich pociech – to dobrze, bo nie będziemy oczekiwać od nich zadośćuczynienia. Ja jestem zadowolona, że mnie nie bolało :). Niech nikt nie karze mi szanować kogoś za to, że ten naraził się na ból. Napiszę tak:

Czy człowiek, który decyduje się u dentysty na zabieg bez znieczulenia jest:
a) bohaterem?
b) głupcem?
c zboczeńcem?

Wg mnie odpowiedzi tylko na dwa ostatnie pytania będą twierdzące.

Dziewczyny po cesarkach, nie miejcie kompleksów! Nie dajcie się ogłupić!

[Zobacz stronę]

majo Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

podziwiam Cie!
gratuluje pieknego porodu!!!
ja chce miec trojke dzieci,a poki co zdecydowalismy sie na pierwsze-jest Zosia- JEDNO DZIECIE TO SPORO JAK DLA MNIE!!!
podziwiam cie!
a gdzie szas na samotnie, na “tylko ja”, na spokojny sen, na dobra ksiazke, na manicure???
podziwiam Cie po 1000kroc!!!!!GRATULACJE

j&z&r

zosia 18maj03

awkaminska Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁU

Gratulacje, ciesze sie, ze sa ludzie, ktorzy decyduja sie na tak liczna gromadke, a Wy macie jeszcze kilkoro(?) dodatkowych. Podziwiam.

gdzies drzemie we mnie chec na jeszcze jedno dziecko.

mi tez w szpitalu znikaly skurcze (w domu c 3 minuty, a w szpitalu nic, naszczescie wody mi poszly)

Pa!

Agnieszka mama Jagody(09-10-97) i Kamili(03-04-03)

kura-domowa Dodane ponad rok temu,

Re: Ciesz się 🙂

Bez znieczulenia?
To ja!

No no tylko nie “głupcem” 🙂

Trzymaj się pikpoku!

Agnieszka zHelenąPrzyCycu

kura-domowa Dodane ponad rok temu,

Re: Czas dla siebie. Było: cud narodzin Heleny.

Nie mogę normalnie funkcjonować bez chwili samotności każdego dnia. Nie dążę przy tym do wysublimowanej alienacji duchowej, chodzi mi o samotność czysto fizyczną, o chwile, kiedy będę mogła spokojnie sobie pomilczeć (naprawdę nic nie mówić, tak po prostu nie odpowiadać na żadne pytania), kiedy nie będę bez umiaru obściskiwana, obcałowywana, obśliniana, międolona, szarpana…

Usycham bez tych chwil, kiedy to znowu na chwilę bezdzietna i niezamężna, mogę robić co tylko dusza zapragnie… czytać, pić herbatę, w łazience obmyślać nowe uczesania lub stosować wymyślne zabiegi pielęgnacyjne albo po prostu nicnierobić, myśleć sobie o niebieskich migdałach, a nie o tym co muszę zrobić jutro

albo w końcu… hmmmmmm
tak tak!
stukać na forum;)

MÓJ nie może tego pojąć. Prosi mnie, żebym albo poszła spać, bo rano będę niewyspana (i ma rację!) albo jeżeli nie wybieram się spać – żebym zajęła się tym, na co w ciągu dnia stale brakuje mi czasu (i także po stokroć ma rację!!!)…

Ale tylko ja wiem, jak bardzo bez takiej chwili dla siebie jestem następnego dnia wściekła, a już conajmniej rozdrażniona! Dla tego czasu mogę poświęcić nawet część tego niedospanego snu, którego deficyt odczuwam jakże dotkliwie.

Deficyt samotności jest jednak po tysiąckroć trudniejszy do zniesienia!

Pozdrawiam gorąco!!!!!!!

Agnieszka zHelenąPrzyCycu

kura-domowa Dodane ponad rok temu,

Kilkoro (?) Było: Cud narodzin Heleny.

Dzięki za cudowne słowa! Tak rzadko słyszę coś takiego “w oczy”, że nie dziwi, iż nocami zatapiam się w wirtualnej rzezczywistości… Każdy czasami potrzebuje usłyszeć, że to co robi ma sens, nie?

Kilkoro… hmmmm… to, co teraz napiszę, to oczywiście tylko żart 🙂 Z końcem sierpnia tego roku stałam się (nie)ofcjalnie “mamą zastępczą”, gdyż (niepisane) pasowanie na taką mamę odbywa się z chwilą przyjęcia do domu dziesiątego dziecka. Ta trójeczka, którą obecnie u siebie mamy to dzieci “zastępcze” #9. #10 i #11 🙂 -oczywiście nie cała jedenastka w tym samym czasie! Boże broń!!! 😉 –

Pozdrawiam imienniczkę! Ucałuj swoje panienki!!!

Agnieszka zHelenąPrzyCycu

olenka-p Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

nie dość, że jesteś cudowną matką, to jeszcze genialnym literatem!!!
czytałam twój post jak powieść kryminalną! potrafisz budować napięcie……
pisz, pisz, pisz! proszę!!!

całusy dla całej gromadki!

o-d Dodane ponad rok temu,

Re: Ciesz się 🙂

wrr… ja też zawsze “na żywca” u dentysty…z przyzwyczajenia… a poza tym nie czuć potem pół twarzy??? to nie dla mnie… ale to nie bohaterstwo… ale i nie głupota.. ani zboczenie… ot taki wyb or..

buziaki!

Ola+Staś+Tadzio+Basia

pikpok Dodane ponad rok temu,

Re: Ciesz się 🙂

Ups… narazilam się…
O_D przestań – naprawdę bez znieczulenia??? No przyznaj, że musisz być troszeczkę (ale tylko trochę) zboczona… (żartowalam).

[Zobacz stronę]

kura-domowa Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Jejku! Dzięki za cudne słowa!… I sorki że dopiero teraz… Helenkowy poród może nie wymarzony, ale cudowny był na 1000 %!!!

Agnieszka zHelenąPrzyCycu

happy Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Jestem pod wrazeniem, choc reprezentujesz postawe zyciowa diametralnie odlegla od mojej. Jestem wlasnie w ciazy z 1wszym dzieckiem (mimo, ze 33 na karku) i staram sie walczyc ze swoim egoizmem, zeby nie wkurzac sie, ze juz mnie cos ogranicza… Dziecko na szczescie spadlo z nieba, bo na swiadoma decyzje przyszloby czekac do emerytury 🙂
Tak czy siak podziwiam, choc nie jestem w stanie zrozumiec, ale przeciez zycie dlatego jest ciekawe, ze nie wszystko da sie rozumem ogarnac:)
Sciskam cie bardzo serdecznie i Twoja liczna gromadke tez.
Happy (& Wikta 28.01.2004)

irix Dodane ponad rok temu,

Re:

Po prostu brak mi słów! Jesteś niesamowita!!!!!
Podziwiam i serdecznie Was pozdrawiam:)

Kasia i Olek (25.03.03)

kura-domowa Dodane ponad rok temu,

🙂

Odpowiadam… Jak zawsze spóźniona (zawsze nie w porę i zawsze nie ty), bo dzieci, szkoła, pospać czasami też trzeba… i te rzeczy….

Twoje słowa to JA sprzed paru lat… SERIO! Nie mówię, że i Ty metamorfozę przejdziesz, ale BARDZO rozumiem 🙂 Gratuluję dzidziusia (ONE zawsze z nieba spadają, nieprawdaż?)

Świat zaludniony przez osobniki-takiego-samego-gatunku
byłby BEZNADZIEJNY!

Cała gromadka ściska Happy i Wiktę!
….wyobraź sobie te dziesięciokrotne uściski takie przesłodkie i obśliniające…. hihihihih
(Wikta to Wiktoria? czy się mylę…)

PA!

Agnieszka zHelenąPrzyCycu

kura-domowa Dodane ponad rok temu,

Dzięki

Dzięki za “niesamowitość” 🙂 A zwlaszcza za pozdrowienia! Te blasku szarosci egzystencji dodają!
Cała nasza dwunastka pozdrawia gorąco Kasię i Olka!

Agnieszka zHelenąPrzyCycu

sroczka Dodane ponad rok temu,

Re: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Gratulacje!!! Życzymy dużo zdrówka dla całej rodzinki!

Ela i Adaś 16.08.2003

Znasz odpowiedź na pytanie: Cud narodzin Heleny… ostrzegam… BARDZO DŁUGIE!

Dodaj komentarz

Oczekując na dziecko
Pazdziernikowki - jak urodzil sie Mateuszek
Drogie Pazdziernikowki i nie tylko. Jak dawno do was nie pisalam. W moim imieniu pisala do Was moja przyjaciolka (sprawdzila sie w 200%, kazdemu zycze takiej przyjaciolki) z prosba o modlitwe w
Czytaj dalej
Noworodek, niemowlę
SYNDROM INCHAUSENA.
Nie wiem jak to się pisze dokładnie, ale własnie widziałam film o tum w telewizji. To było okropne. Ten syndrom występuje u dzieci które są maltretowane przez własne matki. Ale
Czytaj dalej