Długa historia porodu Helgowego

19 listopada o godz. 10.30 poczułam, że właśnie zsiusiałam się łóżko… Poszłam do toalety, umyłam, przebrałam, wróciłam do łóżka. I znowu to samo… Wtedy przyszło mi na myśl, ze to może właśnie się zaczęło. Na sofie, gdy oglądałam film, wody znowu wyciekły. Niczym nie zrażona obudziłam chłopa.

Niczym nie zrażona pojechałam po zakupy (zero skurczów), umyłam się i spakowałam torbę do szpitala. Miałam plan, żeby się najeść, jednak z wrażenia zapomniałam. (W związku z tym prawie nic nie jadłam potem trzy dni). Zadzwoniłam do położnej, z która chciałam podpisać umowę na poród, ale nie zdążyłam. Powiedziała, że przeprasza ale nie ma czasu….. Nie przejęłam się tym zbytnio i pojechałam z chłopem do szpitala. Dotarliśmy tam koło 16. Miłe panie na izbie przyjęć, podłączyły mnie do ktg – wszystko było ok, ale skurczów ani śladu. Potem zbadał mnie lekarz, który powiedział, że szyjka ma 1 cm…. Dodał, że startuję do porodu w trudnych warunkach.

Po godzinie (badanie plus formalności) trafiliśmy do bloku porodowego (wiem, że to idiotyczna nazwa), gdzie położna Jola Miłek (mój chłop powiedział, że jest wredną babą, bo była niesympatyczna) pozwoliła nam wybrać salę do porodu rodzinnego (strasznie nas popędzała) – zdecydowaliśmy się na morelową.

Potem przyszedł strasznie miły facet – myśleliśmy, że to student (okazał się lekarzem) i gawędził z nami o duperelach, starał się dodać otuchy – choć wtedy jeszcze jej nie potrzebowałam, byłam w wyśmienitym humorze. Przebrałam się w koszulkę, przyszła inna położna – młoda, miła, energiczna i powiedziała, że mnie zbada. Prawdę mówiąc jestem odporna na ból, ale tak potwornie bolesnego badania nawet największy twardziel nie zniósłby. Położna stwierdziła, że szyjka ma 2 cm (lekarz twierdził, że 1). Znowu zostałam podłączona do ktg. Okazało się, że są jakieś tam skurcze, ale dzięki nim to ja nie urodzę. No i za chwilkę dostałam kroplówkę z elektrolitami, glukozą i czymś tam jeszcze, no a potem oksytocyna – też w kroplówce w połączeniu z solą fizjologiczną.

Po około 30 minutach zaczęły się skurcze, ale niezbyt bolesne. W tym czasie przyszła kolejna położna, która miała zostać ze mną do końca (miała nocny dyżur). Skurcze narastały, ale gdy skończyła się kroplówka (po trzech godzinach) ciągle były do zniesienia. Upierdliwe było to, że cały czas musiałam chodzić z takim stojakiem, na którym wisiała kroplówka. No i to, że kibel jest na korytarzu i w skurczach, zgięta w pół musiałam snuć się po korytarzu w tę i na zad.

Po pierwszej kroplówce położna postanowiła mnie znowu zbadać. Prawdę mówiąc to badanie było jeszcze gorsze niż poprzednie, bo trwało dłużej. Trzymała dwa palce w mojej szyjce macicy w oczekiwaniu na skurcz. Bolało tak, że się poryczałam. Położna stwierdziła, że szyjka ciągle ma jeden centymetr… Zadzwoniła po lekarza. Dr Jacek Szymański też chciał mnie zbadać. Myślałam, ze ocipieje, ale ku mojemu zdumieniu najpierw pogładził mnie po brzuchu, żebym się rozluźniła, a potem zbadał. Też bolało, ale nieporównywalnie mniej niż położne. Poza tym nie wpychał mi paluchów na siłę do szyjki. I zaordynował odłączenie oksytocyny i godzinny odpoczynek w wannie. Było koło 23….Ale późna pora nie zrobiła na mnie wrażenia. Czułam się cudownie, znowu miałam dobry humor i nadzieję, że szyjka zaraz się rozejdzie i Mikołajek wyjdzie bez problemu.

Po godzinie dostałam kolejną kroplówkę, od czasu do czasu ktg. Miki był w doskonałej formie, skurcze zaczęły natomiast być bardzo bolesne i na dodatek co 1,5 – 2 minuty. Koło 4 rano – już miała dosyć – położna zbadała mnie po raz trzeci i powiedziała, że chociaż nie ma jeszcze trzech cm rozwarcia mogę dostać znieczulenie zewnątrzoponowe. Przyszedł bardzo miły anestezjolog – naprawdę byłam zdumiona, że wszyscy ci ludzie byli tacy mili – z pielęgniarką anestezjologiczną (już mniej miłą, bo zaspaną i z tego powodu wkurzoną). Zakładanie znieczulenia kompletnie nic mnie nie bolało i poczułam taką błogość, że natychmiast mogłabym zasnąć.

Ale niestety nie dane było mi cieszyć się znieczuleniem. Mikołajowi zaczęło skakać tętno. Gdy spadło przez chwilę poniżej 80 – towarzyszył mi wtedy młody miły lekarz, anestezjolog, i dwie położne – znowu wezwano Szymańskiego. Zbadał mnie i powiedział, że rozwarcie jest na dwa centymetry, a dziecku przestaje się podobać wewnątrz macicy i trzeba zrobić cesarskie cięcie. Strasznie się zdenerwowałam, poryczałam i nerwowo zaczęłam pytać, czy z Mikim wszystko ok. I wtedy lekarz powiedział, że jeśli zrobimy cesarkę teraz to wszystko będzie ok., ale jeśli poczekamy jeszcze godzinę – to może nie być zbyt dobrze. Powiedział to tak pewnym tonem, że poczułam się bezpieczna…

Natychmiast wokół mnie zrobiło się straszne zamieszanie. Ogolono mi wzgórek łonowy, założono cewnik i posadzono na wózku… Dostałam jakichś drgawek, chyba ze zdenerwowania. Windą dotarliśmy na blok operacyjny. W sali chyba ze 12 osób strasznie szybko robiło różne rzeczy. Byłam przerażona, zmęczona, płakałam. Położyli mnie na stole, strasznie wąskim, poczułam się jak na katafalku. Założyli wenflon i musiałam położyć się na boku, żeby anestezjolog mógł mi dać znieczulenie. Jakaś pielęgniarka trzymała mnie za podkurczone nogi, druga ta zaspana trochę pokrzykiwała, żebym się nie ruszała, a ja miałam znowu te drgawki. Myślałam, że umrę… Strasznie było mi ciężko się nie ruszać. Ale anestezjolog był miły, cierpliwy, pogłaskał mnie po głowie. Po znieczuleniu dostałam ślinotoku, a on przykładał mi do ust ligninę i pozwalał pozbyć się jej nadmiaru. Było mi głupio, ale postanowiłam to olać. I tak przecież od 15 minut leżałam obnażona na stole wielkiej, oświetlonej sali i mogło mnie oglądać kilkanaście osób…

W tym czasie mój chłop dostał zielone ubranko, wyglądał w nim jak chirurg. Oddzielili moją głowę od reszty ciała chustą, posadzili chłopa obok i po dziesięciu minutach usłyszałam jak lekarz – ten młody sympatyczny powiedział:„Oj mają państwo chłopaka”. Była 5.15 rano. Nie mogłam uwierzyć, że to już. Widziałam jak jakaś kobieta przemknęła za moja głową z czymś na rękach. W pokoiku obok zamieszanie i krzyk. To był nasz Mikołajek. Zawołali mojego chłopa, który widział jak go mierzą i ważą. Za chwilę przynieśli go nam zawiniętego w pieluchę i różowy kocyk. Był śliczny różowy i bardzo miły w dotyku. Otwierał leniwie oczka i wcale nie płakał. Pani, która nam go przyniosła – chłopu właściwie – powiedziała, że Miki dostał 10 punktów, jest zdrowy i wszystko z nim ok. Jezu jak się ucieszyłam. Nawet zaczęłam żartować z lekarzami, którzy opowiadali dowcipy i w ogóle byli uroczy.

Potem przenieśli mnie na łóżko, które przyjechało z oddziału i zawieźli do dwuosobowej sali z łazienka, ale byłam w niej sama. Przyszła położna Renata – wysoka blondynka. Moim zdaniem pójdzie ona do nieba żywcem. Umyła mnie, pomogła ułożyć wygodnie, była przy tym delikatna i dyskretna. Mój chłop poszedł do domu, a Mikołajek trafił na oddział noworodków – i tak nie miałabym jak się nim zajmować. Próbowałam zasnąć, bezskutecznie. Około 11 przywieziono mi Mikołajka ubranego w pieluszkę i zawiniętego w rożek. Położna położyła mi go na piersiach (gołych) a on zasnął i spał tak trzy godziny. Potem go ubrała i pomogła przystawić do piersi. Nic w nich prawie nie było, ale Miki i tak cmoktał.

Koło drugiej wyjęli mi cewnik i pomogli usiąść. Poszłam do toalety i wzięłam prysznic. Brzuch mnie bolał umiarkowanie, ale i tak dostałam kroplówkę ze środkiem przeciwbólowym.

Nie wyobrażam sobie, jak przeżyłabym ten poród, gdyby nie było ze mną chłopa. Pocieszał, masował, żartował, wspierał. Od czasu porodu poczułam się z nim tysiąc razy bardziej związana niż przedtem. Gdybym miała to wszystko przeżywać sama, to chyba bym umarła.

Po drugie położne w Zofii są super, no może z wyjątkiem jednej. Te, które opiekują się położnicamiJ na oddziale, nie przyjmują porodów i na odwrót. Pomagają we wszystkim, od karmienia piersią poprzez wycieranie pupy dziecku i okładanie obolałych cycków kapustą. Są na każde skinienie. Ja pierwszej nocy myślałam, że umrę. Było mi duszno, gorąco, słabo, byłam potwornie zmęczona – nie spałam od 40 godzin. I wtedy położna Renata (anioł) zrobiła mi herbaty i zabrała Mikołajka na kilka godzin do swojej dyżurki, żebym mogła się wyspać. Nie miałam siły nawet podnieść się z łóżka, żeby do niego zajrzeć, nie mówiąc już o przewijaniu, czy karmieniu. A gdy Mikołaj stał w wózeczku obok mnie, nie mogłam zasnąć, bo ciągle wydawało mi się, że coś mu jest.

Jejku, ale się rozpisałam. Przecież to powieść o porodzie. Ale zawsze sobie obiecywałam, że mój poród opiszę bardzo dokładnie. Chętnie odpowiem na każde pytanie.
Pozdrawiam Helga

24 odpowiedzi na pytanie: Długa historia porodu Helgowego

dorotka1 Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Czyli rewelacja, zajęli się Tobą rzeczywiście fachowo, też tak chcę. No i “usłyszałam” w Twojej opowieści ten istynkt, którego u mnie ciągle jeszcze nie ma, ale skoro nawet u naszej sceptycznej Helgi się pojawił, to i ja mam nadzieję.
Życzę wielu radości, szybkiego zrastania rany, odpowiedniej ilości pokarmu i czego ci tam jeszcze potrzeba, bo na razie nie wiem, czego…

Dorotka i Chłopczyk (2.03.2003)

Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

a ja sie poryczalam. Tak po prostu, i na kazdy temat…. Czemu moj maz nie chce ze mna rodzic.bu… Pzdr Helge i Mikolaja, i dzielnego “chlopa”. Pzdr! 🙂

ejva Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

ja też dołączam się do życzeń… wzruszyłam się ogromnie…cieszę się że wszystko poszło dobrze
Pozdrów męża i ucałuj Mikołaja

Ewa i Julia:)

renia Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Ciesze sie, ze Mikolajek jest juz na tym swiecie.
Ja tez najgorzej wspominam, jak polozna sadystka zaczela mi grzebac w szyjce i czekac na skurcz. Okropny bol.

Renia
mama Asi (3 latka) i Ani (roczek)

cat Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Dzięki za ten wyczerpujący opis porodu. Przyjmij gratulacje i wyrazy zazdrosci, że masz to już za sobą ;-))). Szczerze mówiąc opis badania przez położne trochę mnie przeraził. Nie wiem jak to zniosę, bo akurat nie jestem specjalnie odporna na ból….
Trzymajcie się ciepło!!!

Kasia i Łukasz, który pojawi się na początku grudnia

kajeczka Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Droga Helgo!!!
Z zapartym tchem przeczytałam Twoj opis całego pordu…I jestem przerazona, bo opisałaś go tak plastycznie i dokładnie. byłaś bardzo dzielna!!!!! i super ze z wszystko poszło dobrze Mikołaje zdrowy, Ty też czujesz się dobrze, a to co myło nieprzyjemne zazwyczaj wypiraja miłe wspomnienia
Trzymaj się ciepło i zycze Ci wiele radości w opiekowaniu sie Synkiem dużo cierpliwości oraz otwartości na dar macierzyństwa… Całuje

Kasia + Joasia 19 grudnia 2002

Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

pierwszy reaz na tym się poryczałam; ale to pewnie dlatego, że mam termin za 3 dni i też tu rodzę

i miło było przeczytać tak szczegółowy opis

Helga, dzielna jesteś

Pozdrawiam

Ewa i synuś
termin 2.12.2002

kaska Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

OOO rany Helga gratulacje z całego serducha, a swoją drogą jestem polozną i nie wiedziałam że sadystką hihihi,a teraz małe wyjasnienie dla wszystkich to moze sie przydac bada się szyjkę w skurczu poniewaz można wtedy wybadać właściwe rozwarcie a to wymaga wsadzenia paluchów w szyjkę, dlatego jednym u Helgi wyszła krótsza szyja a poloznej dłuższa, wszystko zalezy od techniki badani, ja osobiście terz badam w skurczu,pozdrawiam
Kaśka i 17 tyg Dzidzia

Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Dzięki Helga za tak szczegółowe opisanie twojego porodu….. Muszę przyznać, że jesteś naprawdę dzielną osobą………..Ja bym chyba ich wszystkich pogryzła a zwłaszcza tą jedną………. Cieszę się, że jest wszystko Oki i że z Mikołajem jest wszystko w porządku……… Moje Gratulacje……….. Pozdrawiam….I trzymam kciuki……życzę dużo przespanych nocy a Mikołajkowi bogatego Mikołaja…….. :))

Andzia (starająca się)

ksantia Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Twardzielka !!!!

Pozdrowienia
Ksantia i 32tyg. syneczek

Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Niesamowite, ale mój poród przebiegał identycznie do momentu, kiedy Tobie zrobili znieczulenie. Mnie nie zrobili, bo w tym momencie zaczęła mi się w końcu rozwierać szyjka.

Kaśka z Natalką (8,5 miesiąca)

ankalenka Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

czyli, jak już kiedyś rozmawiałyśmy, w św Zofii nie ma co płacić za położną.. rzeczywiście badanie szyjki jest okropne. ja myślałam że skopię położną.. zobaczymy jak będzie następnym razem..

Anka i Lenka

mira Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Czy ta jedna niemiła położna to właśnie Jola MIłek? Pytam, bo została mi polecona przez koleżankę, która jej płaciła, ale ja nie mam ochoty płacić tylko za to, żeby była kulturalna.

Ppozdrawiam!

pluto Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Jejku….takie opowieści o porodach zawsze przypominają mi mój poród…..dzielna byłaś Helga….. Ale się wzruszłam czytając Twój post…….chlip,chlip….

Potwornie niewyspana Julka, mama 6 miesięcznego chyba ząbkującego Karolka

helga Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Dla mnie była niemiła – gdy zastanawialismu się, którą sale wybrac, popędzała nas: Prosze się szybciej decydować, bo nie mam czasu” – powidziała ostrym i lodowatym tonem. Mój chłop chciał już jej powiedzieć, że skoro płacimy za tę pieprzona salę 5 stów, to możemy sobie powybierać.

mira Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Czy mogłabyś mi jeszcze Helga powiedzieć, za co płaciłaś na Żelaznej i ile? Oglądałam ich cennik w internecie, ale czy Ty np. płaciłaś położnej, która opiekowała się Tobą po porodzie? I czy brałaś salę jednoosobową (po porodzie), czy też nie i jak było?

Z góry dziękuję za wszelkie informajce. Mam mętlik w głowie, bo nie wiem, czy będę rodziła naturalnie czy przez cesarkę – pierwsze dziecko rodziłam przez cesarkę i teraz, jak mówią lekarze mam 50% szansy na naturalny poród, a jak będzie, zobaczy się w trakcie. Zresztą rodziłam bardzo podobnie jak Ty i rozumiem, co przeszłaś.

Życzę wszystkiego najlepszego całej Twojej rodzinie,

Mira

helga Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Nie płaciłam za położną, bo strasznie się ociągałam, byłam niezdecydowana i w końcu nie podpisałam umowy z położną. W dniu porodu, gdy do niej zadzwoniłam, okazało się, że nie ma czasu. Miałam więc położną z dyżuru i w sumie nie żałuję. Oszczędziłam 1350 zł, a nie sądze, żeby obecnośc położnej opłaconej jakoś polepszyłaby moją sytuację. Rodziliśmyy w sali rodzinnej (jednoosoowej) – pięć stów. Wzięłam tez znieczulenie zewnątrzooponowe, ale nie kazali mi za nie płacić, bo miałam cesarskie cięcie. Nie ukrywam, że mnie to ucieszyło, bo bezbolesnym porodem rozkoszowałam się tylko przez 15 minut – potem trafiłam do sali operacyjnej. Po porodzie byłam w dwuosobowej sali z łazienką ( nie płaciłam za nią dodatkowo), a opiekowali się mna reelacyjnie. Przez jedną noc byłam sama – strasznie mi się nudziło. Moim zdaniem lepiej być w pokoju z kimś, zawsze jest do kogo gębę otworzyć. Życzę łatwego porodu i wszystkiego dobrego.

Helga i słodki Mikołjek, który śpi jak aniołek:))

renia Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

U mnie w pokoju bylo 5 mam, czas wtedy bardzo szybko mijal, kazda opowiadala o swoim porodzie, nie mozna sie bylo nudzic.

Renia
mama Asi (3 latka) i Ani (roczek)

jane Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Gratulacje, ja to na pewno będę płakać przez cały czas…. Pozdrowienia dla Mikołajka!!!

Beata z Majowym Groszkiem

iwonakuzma Dodane ponad rok temu,

Re: Długa historia porodu Helgowego

Helguś, ty powinnas pisać książki!!!! Z wypiekami na twarzy czytałam twoja relacje z porodu. Ja jakoś teraz już po dwóch tygdniach zapomniałam prawie, co to był poród, i napewno bym go tak pieknie nie opisała.

Iwona I Amelka 18.11.2002.

Znasz odpowiedź na pytanie: Długa historia porodu Helgowego

Dodaj komentarz

Oczekując na dziecko
robotki na drutach.jak sie nauczyc?/
sama siebie nie poznaje ale jakos mnie tak naszlo na robienie na drutach.....tak to jest z babami w ciazy! ale niestety nei wiem jak sie za to zabrac tzn wiem
Czytaj dalej
Oczekując na dziecko
przeswietlenie
hej ! mam pytanko,moze ktoras z Was udzieli mi odpowiedzi : Czy przeswietlenie kregoslupa u faceta(zdjecie RTG) moze miec jakikolwiek wplyw na "jakosc " plemnikow? z gory dzieki za odpowiedzi. pozdrawiam
Czytaj dalej