Historia optymistyczna

To dla mamuś, które się boją porodu ku pokrzepieniu. Nie zawsze spełniają się najgorsze scenariusze.
Odkąd pamiętam nienawidziłam szpitali, odstręczała mnie myśl o porodzie. Nie akceptowałam całego wymiaru fizjologiczego tego wydarzenia. Wydawało się to nie do przyjęcia. Do momentu kiedy spotkałam swojego obecnego męża…
Spodziewaliśmy się urodzenia pierwszego synka. Podeszłam do sprawy z pieczołowitością – chodziliśmy do szkoły rodzenia, ja studiowałam z zajęciem literaturę fachową, ale i tą, która ukazuje ludzki, osobowy wymiar tego wydarzenia, a przede wszystki m kontekst po prostu miłości. Najbardziej się bałam, że jak zostanę sama, to sobie nie poradzę. jko podpórki psychicznej potrzebowałam męża.
Nadeszła godzina zero. Tydzień po terminie. Mój lekarz stwierdził, że to już niedługo, zaczyna się rozwarcie. Poszliśmy sobie spokojnie do domu, a wieczorem na piechotkę do szpitala na KTG, żeby kontrolowac sytuację. Skurczów cały czas nie było. Mój synuś jeszce przed urodzeniem miał swoją porę aktywności wieczorem (tak mu zostało niestety do dziś), więc fikał ile wlezie, kotłował się w brzuchu, aparatura, nienowa już, cały czas obsuwała się.
Po tym wszystkim lekarz stwierdził, że dziecko jest zagrożone, ja nieodpowiedzialana itd. jest bardzo źle, wyrzucił mojego męża za drzwi, był bardzo obcesowy. Wyobraźcie sobie jaki stres przeżyłam. Dostałam jakiegoś paraliżu żuchwy, że nie mogłam mówić. Nie mogłam uwierzyć, że dwie godz. wcześniej było wszystko ok, a teraz coś takiego się dzieje. Nie trafiałam w klawiaturę na telefonie jak wykręcałam nr do swojego lekarza. Mój szczęśliwie był akurat na dyżurze w szpitalu, zszedł i kazał powtórzyc badanie. Znał mnie, moją historię i obawy.Wiedział też, że naraża się na niezadowolenie kolegi, którego diagnozę pozdważa. Byłam mu ogromnie wdzięczna, bo widział we mnie człowieka, a nie tylko solidarność korporacyjną. Po badaniu okaząao się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Synek ze stresu przestał się wiercić, ale serce biło mu wzorcowo. Słowem, super. Mogliśmy wrócić do domu na noc, ale następnego dnia znóww zjawić się na KTG. Pomyśałam: Nigdy w życiu! Synek, już czas wybrać się na ten świat. Z Twojego dalszego siedzenia w brzuszku będą tylko kłopoty. Zjedliśmy z mężem kolację i… ruszyliśmy (styczeń ok. 11 w nocy) na spacer, a raczej marsz dośc intensywny. Pojawiły się regularne skurcze. Ekstra. Kupiliśmy sobie batoniki i inne łakocie na stacji benzynowej, budząc zdziwienie, bo po północy dobrze już było. Skurcze sobie były, ale niebolesne. Pech chciał, że się pośliżnęłam i skręciła nogę w kostce. Bolało bardzo. Ok 2 wróciliśmy do domu. Kostka spuchnięta. Boli jak diabli, ale ruszać mogłam. Byłam zdeterminowana. Wiedziałam, że to jeszcze potrwa, więc wykorzystywałam wszystkie ćwiczenia, jakie znałam, żeby przyspieszyć dobre ułożenie dzidziusia i w ogóle całą akcję, oddychanie itd. Trochę pospaliśmy, żartowaliśmy sobie, opowiadaliśmy najzabawniejsze historie jakie znamy. Było miło. Najbardziej z całego porodu bolała mnie… noga. Ok 7 rano przestało być miło, ale przynajmniej przestała mnie boleć skręcona noga, bo mi obie zdrętawiały i był spokój. Wtedy sobie myślałam, robi się nieciekawie, jak będzie gorzej, to kiepsko, bo wiedziałam, że ostatnie 3 cm rozwarcia sa najgorsze. Zarządziłam odjazd do szpitala. Przyjechaliśmy. Lekarz stwierdził, że to już! 10 cm rozwarcia. Ta informacja wprawiła mnie z zachwyt. Czyli już gorzej nie będzie! hurra.! To dodało mi wprost skrzydeł. W atmosferze piknikowej poszliśmy właściwie już na skurcze parte do sali. Poród przebiegał wśród żartobliwych komentarzy. Było naprawdę rodzinnie i serdecznie. Godzinę później już pisaliśmy już we trójkę szczęśliwi smsy do rodziny.
Cała ta historia pokazała mi,jak wielka jest siła psychiki. Gdybym została poprzedniego dnia w szpitalu na cesarce, skończyłbym zapewne z jakąś depresją. W tej wersji, jaka miała miejsce, poród był pięknym, rodzinnym wydarzeniem, w którym wiedziałam, że to ja jestem podmiotem, ja mam wpływ na jego przebieg, pomagam z całych sił swojemu dziecku, a jest też przy mnie najważniejsza osoba, mój mąż, bez której to wszystko nie miałoby sensu. Są wreszcie położne, lekarz, który nie jest moim wrogiem, ale ma mi pomóc. A przede wszystkim czułam się tak Kimś, a nie “przypadkiem”.
PS Przy drugim dzidziusiu już się nie będę tak wygłupiać z tym czekaniem, bo naprawdę go urodzę w domu (: Nasze mamy ze zgrozą słuchały potem tej opowieści. A wszystko przez to, że nie lubię szpitali…

7 odpowiedzi na pytanie: Historia optymistyczna

  1. Zamieszczone przez malinkaaa
    To dla mamuś, które się boją porodu ku pokrzepieniu. Nie zawsze spełniają się najgorsze scenariusze.
    Odkąd pamiętam nienawidziłam szpitali, odstręczała mnie myśl o porodzie. Nie akceptowałam całego wymiaru fizjologiczego tego wydarzenia. Wydawało się to nie do przyjęcia. Do momentu kiedy spotkałam swojego obecnego męża…
    Spodziewaliśmy się urodzenia pierwszego synka. Podeszłam do sprawy z pieczołowitością – chodziliśmy do szkoły rodzenia, ja studiowałam z zajęciem literaturę fachową, ale i tą, która ukazuje ludzki, osobowy wymiar tego wydarzenia, a przede wszystki m kontekst po prostu miłości. Najbardziej się bałam, że jak zostanę sama, to sobie nie poradzę. jko podpórki psychicznej potrzebowałam męża.
    Nadeszła godzina zero. Tydzień po terminie. Mój lekarz stwierdził, że to już niedługo, zaczyna się rozwarcie. Poszliśmy sobie spokojnie do domu, a wieczorem na piechotkę do szpitala na KTG, żeby kontrolowac sytuację. Skurczów cały czas nie było. Mój synuś jeszce przed urodzeniem miał swoją porę aktywności wieczorem (tak mu zostało niestety do dziś), więc fikał ile wlezie, kotłował się w brzuchu, aparatura, nienowa już, cały czas obsuwała się.
    Po tym wszystkim lekarz stwierdził, że dziecko jest zagrożone, ja nieodpowiedzialana itd. jest bardzo źle, wyrzucił mojego męża za drzwi, był bardzo obcesowy. Wyobraźcie sobie jaki stres przeżyłam. Dostałam jakiegoś paraliżu żuchwy, że nie mogłam mówić. Nie mogłam uwierzyć, że dwie godz. wcześniej było wszystko ok, a teraz coś takiego się dzieje. Nie trafiałam w klawiaturę na telefonie jak wykręcałam nr do swojego lekarza. Mój szczęśliwie był akurat na dyżurze w szpitalu, zszedł i kazał powtórzyc badanie. Znał mnie, moją historię i obawy.Wiedział też, że naraża się na niezadowolenie kolegi, którego diagnozę pozdważa. Byłam mu ogromnie wdzięczna, bo widział we mnie człowieka, a nie tylko solidarność korporacyjną. Po badaniu okaząao się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Synek ze stresu przestał się wiercić, ale serce biło mu wzorcowo. Słowem, super. Mogliśmy wrócić do domu na noc, ale następnego dnia znóww zjawić się na KTG. Pomyśałam: Nigdy w życiu! Synek, już czas wybrać się na ten świat. Z Twojego dalszego siedzenia w brzuszku będą tylko kłopoty. Zjedliśmy z mężem kolację i… ruszyliśmy (styczeń ok. 11 w nocy) na spacer, a raczej marsz dośc intensywny. Pojawiły się regularne skurcze. Ekstra. Kupiliśmy sobie batoniki i inne łakocie na stacji benzynowej, budząc zdziwienie, bo po północy dobrze już było. Skurcze sobie były, ale niebolesne. Pech chciał, że się pośliżnęłam i skręciła nogę w kostce. Bolało bardzo. Ok 2 wróciliśmy do domu. Kostka spuchnięta. Boli jak diabli, ale ruszać mogłam. Byłam zdeterminowana. Wiedziałam, że to jeszcze potrwa, więc wykorzystywałam wszystkie ćwiczenia, jakie znałam, żeby przyspieszyć dobre ułożenie dzidziusia i w ogóle całą akcję, oddychanie itd. Trochę pospaliśmy, żartowaliśmy sobie, opowiadaliśmy najzabawniejsze historie jakie znamy. Było miło. Najbardziej z całego porodu bolała mnie… noga. Ok 7 rano przestało być miło, ale przynajmniej przestała mnie boleć skręcona noga, bo mi obie zdrętawiały i był spokój. Wtedy sobie myślałam, robi się nieciekawie, jak będzie gorzej, to kiepsko, bo wiedziałam, że ostatnie 3 cm rozwarcia sa najgorsze. Zarządziłam odjazd do szpitala. Przyjechaliśmy. Lekarz stwierdził, że to już! 10 cm rozwarcia. Ta informacja wprawiła mnie z zachwyt. Czyli już gorzej nie będzie! hurra.! To dodało mi wprost skrzydeł. W atmosferze piknikowej poszliśmy właściwie już na skurcze parte do sali. Poród przebiegał wśród żartobliwych komentarzy. Było naprawdę rodzinnie i serdecznie. Godzinę później już pisaliśmy już we trójkę szczęśliwi smsy do rodziny.
    Cała ta historia pokazała mi,jak wielka jest siła psychiki. Gdybym została poprzedniego dnia w szpitalu na cesarce, skończyłbym zapewne z jakąś depresją. W tej wersji, jaka miała miejsce, poród był pięknym, rodzinnym wydarzeniem, w którym wiedziałam, że to ja jestem podmiotem, ja mam wpływ na jego przebieg, pomagam z całych sił swojemu dziecku, a jest też przy mnie najważniejsza osoba, mój mąż, bez której to wszystko nie miałoby sensu. Są wreszcie położne, lekarz, który nie jest moim wrogiem, ale ma mi pomóc. A przede wszystkim czułam się tak Kimś, a nie “przypadkiem”.
    PS Przy drugim dzidziusiu już się nie będę tak wygłupiać z tym czekaniem, bo naprawdę go urodzę w domu (: Nasze mamy ze zgrozą słuchały potem tej opowieści. A wszystko przez to, że nie lubię szpitali…

    pieknie to opisalas… Az niewiarygodne sie wydaje takie przezycie..

    zdroweczka!

    • Zamieszczone przez vieta
      pieknie to opisalas… Az niewiarygodne sie wydaje takie przezycie..

      zdroweczka!

      Prawda sprawiedliwa:) Warto pamiętać, że bywa i tak, bo histrorii “straszliwych” aż nadto dużo mozna usłyszeć. Czekam teraz na urodzenia drugiego malucha. Mam nadzieję, że będę mogła zamieścic 2 odcinek:)

      • Zamieszczone przez malinkaaa
        Prawda sprawiedliwa:) Warto pamiętać, że bywa i tak, bo histrorii “straszliwych” aż nadto dużo mozna usłyszeć. Czekam teraz na urodzenia drugiego malucha. Mam nadzieję, że będę mogła zamieścic 2 odcinek:)

        o właśnie masz rację!
        ja też czekam na drugiego Bajbuska ale ja mam stracha..
        Powodzenia

        • Bedzie dobrze:)
          ps. moja koleżanka ze strachu przed porodem kombinuje cesarke. Pierwszą…i jak mam jej wytłumaczyć?;)

          • jak ja pojechałam do szpitala to miałam 7 cm. Moja bratowa położna powiedziała później, że byłam idealną pacjentką, a w szpitalu stwierdzili, że już od kilkunastu godzin powiinnam leżeć na stole….:(:( nie wiem po co, ale….
            też mam nadzieję, że drugi poród będzie lekki i bardziej expresowy…może tym razem godzinka :):)

            • Zamieszczone przez ahimsa
              Bedzie dobrze:)
              ps. moja koleżanka ze strachu przed porodem kombinuje cesarke. Pierwszą…i jak mam jej wytłumaczyć?;)

              do porodu trzeba się nastawiać pozytywnie od samego początku…ja święcie wierzę w to, że moje pozytywne nastawienie spowodowało, ze poród był krótki. Ale ja wmawiałam sobie coś jeszcze…: moja mama skończyła pracę o 16:00 wróciła na piechotę do domu, rozpaliła ogień, poszła !!!! ( w sumie blisko miała) na porodówkę, a ja byłam na świecie o 16:50….
              wmówiłam sobie, że mi to genetycznie przekazała i było Ok…..

              • Zamieszczone przez agnessa
                do porodu trzeba się nastawiać pozytywnie od samego początku…ja święcie wierzę w to, że moje pozytywne nastawienie spowodowało, ze poród był krótki. Ale ja wmawiałam sobie coś jeszcze…: moja mama skończyła pracę o 16:00 wróciła na piechotę do domu, rozpaliła ogień, poszła !!!! ( w sumie blisko miała) na porodówkę, a ja byłam na świecie o 16:50….
                wmówiłam sobie, że mi to genetycznie przekazała i było Ok…..

                chcialabym to sobie wmowic i oczywiscie swiecie wierzyc ale… u mnie pierwszy porod zakonczony byl cc po 8h braku akcji – braku rozwarcia – tylko skorcze ktore byly bardzo silne i mogly zadusic Ewunie – no teraz nawet nie nastawiam sie na naturalny porod… bede chciala druga cc… chodz szczerze gdybym tylko dala rade i miala taka odwage przezyc takie cudo jak porod naturalny – jak wysilek wlozony w to aby urodzic dziecko – poczuc dziecka malenkie cialko tuz po porodzie na moim brzuszku i pierwsze chwycenie piersi to byloby to spelnienie moich marzen – oczywiscie nierealnych… bo pozostaje mi cesarka 🙁

                Znasz odpowiedź na pytanie: Historia optymistyczna

                Dodaj komentarz

                Mozarella w ciąży

                Dzisiaj naszła mnie ochota na mozarellę. I tu mam wątpliwości – czy w ciąży można jeść mozzarellę?? Na opakowaniu nie ma ani słowa na temat pasteryzacji.

                Czytaj dalej →

                Ile kosztuje żłobek?

                Dziewczyny! Ile płacicie miesięcznie za żłobek? Ponoć ma być dofinansowany z gminy, a nam przyszło zapłacić 292 zł bodajże. Nie wiem tylko czy to z rytmiką i innymi. Czy tylko...

                Czytaj dalej →

                Dziewczyny po cc – dreny

                Dziewczyny, czy któraś z Was miała zakładany dren w czasie cesarki? Zazwyczaj dreny zdejmują na drugi dzień i ma on na celu oczyszczenie rany. Proszę dajcie znać, jeśli któraś miała...

                Czytaj dalej →

                Meskie imie miedzynarodowe.

                Kochane mamuśki lub oczekujące. Poszukuję imienia dla chłopca zdecydowanie męskiego. Sama zastanawiam się nad Wiktorem albo Stefanem, ale mój mąż jest jeszcze niezdecydowany. Może coś poradzicie? Dodam, ze musi to...

                Czytaj dalej →

                Wielotorbielowatość nerek

                W 28 tygodniu ciąży zdiagnozowano u mojej córeczki wielotorbielowatość nerek – zespół Pottera II. Mój ginekolog skierował mnie do szpitala. W białostockim szpitalu po usg powiedziano mi, że muszę jechać...

                Czytaj dalej →

                Ruchome kolano

                Zgłaszam się do was z zapytaniem o tytułowe ruchome kolano. Brzmi groźnie i tak też wygląda. dzieciak ma 11 miesięcy i czasami jego kolano wyskakuje z orbity wygląda to troche...

                Czytaj dalej →
                Rodzice.pl - ciąża, poród, dziecko - poradnik dla Rodziców
                Logo
                Enable registration in settings - general