Moje zycie Tobie daje…

[i]”… Tak w kazdym miejscu i o kazdej dobie,
Gdziem z toba plakal, gdziem sie z toba bawil,
Wszedzie i zawsze bede ja przy tobie,
Bom wszedzie czastke mej duszy zostawil”.[/i]

/Adam Mickiewicz, “Do M.”/

Skarbie najdrozszy,

Jest bardzo pozno – a moze bardzo wczesnie – dziesiec minut po dwunastej… Nowy dzien…
Spisz cichutko, leciutko posapujesz przez sen. Wokol mrok. Spokoj.
Ogarnia mnie zaduma, chociaz nie mam juz sily na meczace rozwazania. Umysl nie odpoczywa, a o tej porze powinien… Mecze oczy, patrzac od kilku juz godzin w ekran monitora. Jeszcze siedze, choc powinnam juz spac… Po co to?
Chce Ci powiedziec cos bardzo waznego. Cos, co nie moze czekac do rana. Cos, co jutro juz bedzie mialo inny wymiar. Cos, co rano bedzie stokrotnie silniejsze…
… Moja milosc do Ciebie…

Nie potrafie mysla ogarnac, ani wyrazic slowem uczuc, ktore mieszkaja w mym sercu. Nie potrafie pisac poematow, lecz o wielkich rzeczach czasami lepiej mowic szeptem…
Szeptam Ci wiec niezmiennie do uszka – Kocham Cie… Miloscia, ktora nie ma granic… Miloscia, ktorej nie mozna ogarnac… Miloscia, za ktora dziekuje swiatu…
Co dzien ucze sie Ciebie na pamiec, by w nocy moc o Tobie snic, odtwarzac zapis jak z tasmy i w razie potrzeby moc go przewinac do tylu – zanalizowac, poprawic bledy, udoskonalic…
Ide wiec… Poloze sie cicho, poprawie poduszke. Przywolam w myslach ten dzien, ktory przyniosl mi Ciebie. Przywolam wspomnienia, wciaz zywe i takie cieple…
Zupelnie jak Ty…

Spij slodko, cukierku…

Mama

(Chicago, 14 maj 2004 r.)

22 odpowiedzi na pytanie: Moje zycie Tobie daje…

  1. Ciagle pada…

    Kiepsko dzis sie czuje. Moze to przez ta okropna pogode, a moze po prostu nie nadazam ze wszystkim.
    Za oknem deszcz juz od polnocy, szaro, smutno, beznadziejnie… Na lozku jednak kolorowo – Twoje zabawki, ktorymi wcale nie chcesz sie bawic . Moze to tez przez pogode, a moze po prostu – podobnie jak u mnie – jeden z gorszych dni…
    Zasnelas niedawno, lecz nie dlugo pobede sam na sam ze swoimi myslami. Daje Ci jeszcze jakies 10 minut… Otworzysz slepka, rozgladniesz sie wkolo, zauwazysz swoje maskotki, swoje akwarium z rybkami na lozeczku, swoja pieluszke do przytulania. No i zawolasz mnie… Podejde, otworze drzwi i spojrze z daleka na Ciebie – bedziesz tarmosic pieluszke, slinic palce i rozgladac sie wokol, po swojemu gadajac. Podejde blizej i wtedy mnie zauwazysz… Popatrzysz jeszcze przez chwile uwaznie, skladajac w glowce malenkie szczegoly, tworzace calosc. MAMA… A wtedy juz tylko to, od czego praktycznie umieram – bezzebny usmiech na powitanie – niewazne, czy ciemna noc, czy sloneczny poranek…
    No i znikaja burzowe chmury. Wychodzi slonce. I niewazne jak bardzo jestem zmeczona, zla, czy smutna. Niewazny jest balagan panujacy wszedzie, niedokonczony obiad i moja twarz proszaca o makijaz…
    Dla takich chwil nawet tydzien moglby padac deszcz…

    Obudz sie, dodaj mi sil…

    Mama

    (Chicago, 14 maj 2004 r.)

    • Re: Moje zycie Tobie daje…

      Jestes niesamowita!!!!!!!! Lezka se kreci w oku!

      Asia i Oliwierek 14.01.2004 r

      • Witaj okruszku!

        Malenstwo,

        Znowu sytuacja jak sprzed kilku dni – spisz slodko w swoim lozeczku, ja z nosem w laptopie, Tatus wpatrzony w ekran swojego monitora, kotka obok mnie na lozku sni zapewne o miseczce mleka… I nawet godzina ta sama – prawie 10 minut po 24.
        Dzisiaj opowiem Ci o naszym pierwszym “spotkaniu” – jeszcze takim nienamacalnym, ale bardzo prawdziwym.
        Byl 5 maj 2003 r. Wstalam rano do pracy. Poranna toaleta, chwila na kawe, szybki makijaz. Czulam jednak jakis dziwny niepokoj – jakbym nie byla ta sama osoba, co dzien wczesniej. Jakos nieswojo mi bylo… Do tego takie sciskanie w zoladku i mdlosci.
        Zrobilam test. Pokazal dwie kreseczki, chociaz nie wiedzialam jeszcze wtedy, co to oznacza… Kiedy sie dowiedzialam, zamarlam… Nie wierzylam… Patrzylam na ten kawaleczek plastiku, jakby probujac doszukac sie jakis wyjasnien – kiedy? jak? czy to naprawde sie dzieje?…
        Dzialo sie… Od tamtej chwili bylysmy juz we dwie – ja, zupelnie oszalala z radosci, nie wiedzaca, czy to sen, czy jawa, troche zbita z tropu, nie przygotowana zupelnie na takie wiadomosci i Ty – malenkie ziarenko wewnatrz mnie, okruszek zycia podarowany przez Boga…
        Wybralas sobie nas na swoich rodzicow – do dzisiaj nie wiem, czym na to szczescie sobie zasluzylismy.
        Dziekujemy Ci iskierko za to zaufanie i za wiare, ze jestesmy prawdziwi… Dziekujemy za milosc, ktora ktoz inny, jak nie Ty moglby nas obdarzyc… Dziekuje, ze zamieszkalas we mnie, zmienilas moje wnetrze i poprzestawialas je tak, aby nam wszystkim bylo lepiej…
        Dziekuje za te dwie rozowe kreski…

        Kocham Cie najmocniej,

        Mama

        (Chicago, 18 maj 2004r.)

        • Re: Moje zycie Tobie daje…

          Pięknie piszesz, wzruszająco….

          Monika i Basia (22.09)

          • Re: Moje zycie Tobie daje…

            Staram sie jak moge najlepiej
            A Basienka sliczna na tym zdjeciu! W ogole super zdjecie.
            Pozdrawiam serdecznie!

            • Postanowienie poprawy 🙂

              Siedzialam przy kawie. Patrzylam na paczke papierosow, lezaca przede mna. Ludzaco cieniutkie i lekkie jak slomki, w tamtej chwili jednak zwyczajnie obrzydliwe…
              Po cichu rozstawalam sie z nieodlacznymi towarzyszkami zycia codziennego. Byly ze mna praktycznie wszedzie – w kuchni podczas gotowania, w pralni, na dworze podczas sloty i upalow, w samochodzie, najprzerozniejszych pubach i dyskotekach, na wsi i w miescie, w zlych i dobrych chwilach, w wannie, a nawet w lozku… Przez kilka ladnych lat zgrabna biala paczuszka dodawala powagi mnie i polotu myslom… Czy aby na pewno?
              Pozegnalam sie bez zalu. Wtedy liczylas sie tylko Ty, kruszyno – Twoje malenkie cialko, mozg, plucka i wszystko inne. Chcialam, by byly czyste, bez skazy – jak Twoja dusza.
              Wytrwalam… I trwam nadal…
              Wtedy dla Ciebie, a dzis juz wiem, ze dla siebie rowniez.

              Dalas mi wiare w niemozliwe…

              Mama

              (Chicago, 27 maj 2004 r.)

              • Moje pierwsze “podwojne” miesiace

                Lato 2003 r. minelo bardzo szybko. Codziennosc wydawala sie jednak tak niesamowicie kolorowa – daleko jej bylo do jednostajnosci.
                Spalismy juz sobie we trojeczke (chociaz bylas jeszcze maciupenkim okruszkiem w maminym brzuszku, to czulismy Ciebie, Twoja obecnosc w naszym zyciu praktycznie od piewszych chwil), jezdzilismy nad jezioro w niedzielne upalne popoludnia, a nawet zaliczylismy Wesole Miasteczko (ja bylam tym razem tylko widzem) i dwudniowy wypad do Parku Wodnego w Wisconsin. Wyprawom naszym niezmiennie towarzyszyl Twoj wujcio Krystian, ktorego poznasz byc moze juz za miesiac!
                Wujcio ten jest troszke skomplikowanym typem, ale bardzo kochanym i jedynym Mamusi bratem. Ma ciemna burze wlosow na glowie, ktore usilnie juz od dwoch lat zapuszcza, jest chudy, nosi bojowki i sportowe buty oraz koszulki nalozone jedna na druga. Taki troche buntownik z wyboru…

                Lipiec byl piatym miesiacem Twojej obecnosci. Ciut upalny, czasami burzowy. Chodzilam jeszcze w starych ubraniach, bo brzuszka prawie nie bylo widac. Ot, taki malenki wzgorek… Nie odczuwalam juz przykrych dolegliwosci zoladkowych, ktore tak daly mi sie we znaki podczas czterech minionych miesiecy. Zaczynalam powoli normalnie funkcjonowac – bez stosu jalowych kromek chleba, zabieranych wszedzie, a ktory byl jedyna pomoca, bez codziennego wiszenia nad umywalka, bez prob zabijania bolu chodzeniem spac z kurami (7 wieczor to byla norma).
                No i nareszcie sierpien…
                I pierwsze USG…
                Czekalam w napieciu na ten dzien. Pelna obaw, jakas taka rozedrgana…
                Po raz pierwszy Cie ujrzalam w srode 27 sierpnia 2003 r. Pamietam jak dzis to sciskanie w zoladku, kiedy sledzilam na ekranie monitora kazdy Twoj ruch, kazde zalamanie swiatla, kazda szczelinke, dziurke i kazde wybrzuszenie.
                I pytalam siebie: “czy to jest nosek?”, “o, a tu chyba raczka!”, “no i co tam masz miedzy nozkami?”
                Dali nam wiare – ze jestes zdrowa, masz dwie raczki i dwie nozki, normalnie funkcjonujace malenkie nerki, watrobe i bijace szybko serduszko. Dali nam 95 % pewnosci, ze jestes dziewczynka…
                Twoje zdjecie z tego naszego pierwszego spotkania analizowalam setki razy – widzialam machajaca raczke, wypukly brzuszek, duza glowke, a w niej uszko, oczko i maly, zadarty nosek – to po mnie…
                No i juz wtedy najpiekniejszy usmiech swiata…

                Cudownym bylo wiedziec, ze wszystko jest w porzadku, ze zyjesz, rozwijasz sie i prawidlowo rosniesz.
                Ze kazdy kolejny dzien spedzony razem daje nam szanse lepszego poznania – Ty mojego glosu, bicia serca, emocji. Ja Twoich pierwszych slabych kopniakow…
                A poczulam Cie po raz pierwszy w czwartek 21 sierpnia. To byl nasz 20 wspolny tydzien…

                Tamta Ciebie ciagle jeszcze mam w sercu…

                Mama

                (Chicago, 27 maj 2004 r.)

                • Re: Moje zycie Tobie daje…

                  Aniu przestań bo rycze…. Nic nie widze przez lzy…

                  • Re: Moje zycie Tobie daje…

                    Aniu
                    skomentuję pod tym postem,ale w odniesieniu do wszystkiego co napisałaś: piszesz o Was tak pięknie,wzruszająco,tak ciepło…i tak cudownie znajomo dla mnie i tego co sama czuję będąc matką,ale czego nie potrafię,niestety równie pięknie jak Ty ubrać w słowa :o)…cóż,musi mi wystarczyć to co czuję ;o) i to,co dzisiaj np. usłyszałam od mojej Domi: “Mamusiu, ziawsie będę psi tobie ” ( chyba od Mickiewicza skopiowała ;o) )

                    ps. już czekam z niecierpliwością na Twoje kolejne posty w tym wątku :o)

                    buziaki najcieplejsze !

                    Aga +
                    Dominika

                    5.grudzień 2001

                    • Re: Moje zycie Tobie daje…

                      Ala!
                      Wez sie w garsc!
                      Buzka!


                      • Re: Moje zycie Tobie daje…

                        Dziekuje Ci, naprawde…
                        Strasznie sie wzruszylam jak przeczytalam, co Twoja Domi Ci oznajmila. Dla takich chwil warto zyc.
                        A co do Twoich rzekomych “nieumiejetnosci” przekazu – juz napisalam, ze czasami o wielkich rzeczach lepiej mowic szeptem… Wcale nie trzeba o nich pisac.
                        A Domi jest i tak najwierniejszym i najlepszym Twoim czytelnikiem (sluchaczem)
                        Pozdrawiam Cie bardzo serdecznie!


                        • Re: Moje zycie Tobie daje…

                          Dołączam się do słów uznania. Nic dodać nic ująć – to piękne i wzruszające co piszesz.
                          Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy…

                          Buziaki dla Was !!!

                          KasiaFL + Dominik (16.02.2004)

                          • Nasz maly wielki cud…

                            Dzisiaj tak nostalgicznie…
                            Wspominkowo…
                            Ze lza w oku…

                            Opowiem Ci o naszym pierwszym prawdziwym cudzie…

                            Wtedy tak o Nas pisalam swiatu…

                            Czekalam na ten dzien z utesknieniem. Magiczna data 10 stycznia 2004 roku tlukla sie w mojej glowie od pierwszej wizyty w gabinecie lekarskim. Obserwowalam siebie, swoje cialo – jak tu i owdzie cos sie poszerzalo, tam gdzies cos odstawalo, spodnie zrobily sie za ciasne, a o bikini w lecie moglam tylko pomarzyc.
                            Dotrwalam do konca… Dziewiaty miesiac ciagnal sie niemilosiernie – bezsenne noce, czeste wizyty w toalecie, zgaga, ktora codziennie siadala mi na piersi, duszac poteznymi lapskami. Kiedy wreszcie?…

                            Niedziela, 11 stycznia 2004 roku

                            Dzien jak co dzien. Slonce dawno juz wstalo, zaglada przez szybe. Warstewka sniegu na ulicy. Rozczochrane wlosy, poduszka odbita na policzku. Nic nowego… Z westchnieniem ide do lazienki, patrze w lustro. Kiedy?…
                            Krzatam sie po domu. Poludniowa kawa, smiechawki z mezem, obiad. Zadnych oznak, cisza…
                            Leniwe popoludnie z Alem Pacino w roli glownej na DVD.
                            Jest 18.30. Zaczynam odczuwac dziwne skurcze. Komorka laduje w rece. Licze… 18 minut… 10 minut… 15 minut… Jeszcze nie czas. Jestem zawiedziona.
                            Godzina 21.00. Licze dalej. Zaraz… Co ja robie nie tak? 5 minut… 3 minuty… Dziwnie sie czuje – boli mnie brzuch, ciagnie krzyz i te skurcze. Czeste, w miare chyba regularne?!
                            – Daj, sprawdzimy – maz zabiera mi komorke. Patrzy na zapis. – Przeciez Ty masz skurcze w zasadzie co 3 minuty! Ile to juz mierzysz? 45 minut?
                            – Tak, ale poczekajmy jeszcze. Nie jestem pewna, czy to juz. Chyba cos zle robie, bo niemozliwe, aby tak nagle.
                            Robie sie niespokojna. Boli coraz bardziej, wyraznie czuje faze szczytowa.
                            – Dzwon do lekarza, zapytaj. Ja ide pod prysznic, moze ciepla woda cos pomoze.
                            Z trudem wstaje z lozka. Czuje jak cos cieplego ze mnie wycieka. Dotykam… Krew… Juz wiem, ze sie zaczelo. Dziwny spokoj w sercu, ale rece drza, kiedy zakladam czyste ubranie. “To juz. Nareszcie…” Kilka kanapek, kilka butelek wody mineralnej, gazeta. Torba spakowana, teraz zapieta juz na amen. Juz nie ma odwrotu – zaczelo sie. Jedziemy…
                            W samochodzie z trudem informuje rodzine, ze to juz. Zatyka mnie w szczytowej fazie, szybko wydmuchuje powietrze. Rece zaciskaja sie na uchwytach. “Predzej, predzej”.
                            Godzina 22.30. Szpital uspiony, ciemne okna. Gdzieniegdzie swiatla. Czarnoskora portierka sadza mnie na wozek inwalidzki. Czekam na meza, ktory parkuje samochod. Wreszcie jest, biegnie. Jedziemy na gore, na porodowke. Glupio sie czuje na tym wozku, ale bol nie pozwala mi zrobic kroku. Jestesmy…
                            Sprawdzaja moje dane, pielegniarka prowadzi nas do pokoju. Wrecza niebieska koszule, kaze sie przygotowac, wypytuje o symptomy. Znikam w lazience, zostawiajac tlumaczenia mezowi. Zdejmuje ubranie, bielizna zaplamiona krwia. Przez glowe przemyka mysl – ” Czy wszystko dobrze z dzieckiem? Dlaczego ta krew? I czemu tak nagle?” W drodze na lozko plamie podloge. “To z pani?” – “Tak”.
                            Dwa pasy na brzuch – jeden od skurczow, drugi od tetna dziecka. Przywoza kroplowke, wbijaja sie w zyle. Ja czuje inny bol. Poteguje sie w zaskakujacym tempie. Informuje pielegniarke o znieczuleniu – ze jestem zdecydowana, ze chce, ze czekam! “Lekarz jest w drodze, on zadecyduje kiedy”… “Ale mnie boli! Chce, aby ktos sprawdzil rozwarcie”.
                            Wolaja lekarza – obcy facet o twarzy wykutej z kamienia. Zimny… Sprawdza rozwarcie, otwiera szerzej oczy, patrzy na mnie. “Tutaj jest juz 8-9 cm”. Nie wierze. Jak to??? Przeciez ja mam dostac znieczulenie! Przeciez mialo nie bolec”…
                            Czuje lzy na policzkach – sama juz nie wiem, czy z bolu, czy z zawodu, jakiego doznalam. Czuje sie oszukana… “Gdzie jest moj lekarz?” – moze myslalam, ze to pomylka. Ze MOJ lekarz stwierdzi co innego – da nadzieje, ktora odebral mi ten zimny typ. Jeszcze musze poczekac, jeszcze 10 min. i bedzie moja Pani Doktor – ona mnie zna, ona mnie badala, ona bedzie wiedziec, co zrobic…
                            Patrze na meza. Stoi caly czas przy tym nieszczesnym lozku, drapie sie nerwowo po brzuchu i za wiele nie mowi. Ale to dobrze… Ja nie moge sie skupic, rozmowa o czymkolwiek chyba by mnie teraz zabila. Slucham swego ciala – to jest moja rozmowa. Sciskam tylko Jego dlon, z jednakowa prawie juz sila. Widze w oczach nadzieje.
                            Dziekuje Ci, kochanie, za ta milosc, i za to, ze jestes…
                            Miarowy stukot serca dziecka otacza mnie z kazdej strony. Pulsuje w uszach, glaszcze nerwy. Lzy nie przestaja moczyc oczu, juz nawet sie ich nie wstydze. Wszystko, czego teraz chce, to usmierzyc ten bol.
                            Powoli cos zaczyna sie zmieniac. Skurcze staja sie intensywniejsze, czestsze, mam wrazenie, ze nie opuszczaja mnie na chwile. No i w koncu czuje TO. Nie sposob opisac slowami, co TO jest, jak sie TO cos czuje, skad sie wie, ze to juz. Po prostu sie wie – intuicja jakas, glos wewnetrzny. Musze przec!
                            Rozdziera mnie w podrzuszu. “Prosze wydmuchiwac te bole, pani jeszcze nie moze, nie ma lekarza”. To brzmi jak wyrok… Ale jak wydmuchiwac??? Intuicyjnie, szybko, rytmicznie. Przypominam sobie scene z jakiegos filmu. I dmucham. Na tyle skutecznie, by poczuc ulge, na tyle nieskutecznie, by trwala tylko chwile…
                            Krzyczac prawie: “Ja MUSZE przec” nie mysle juz o niczym… Wolaja “kamiennego”, wjezdza stol z narzedziami, robi sie zamieszanie. Kilka pielegniarek krzata sie nerwowo – jedna szykuje miejsce na przyjecie noworodka, druga zajmuje sie narzedziami, trzecia stoi przy mojej glowie i powtarza: “Prosze wydmuchiwac”. Mojej Pani Doktor ciagle nie ma…
                            Sama przygotowuje sie psychicznie do nielatwego zadania. Wiem, ze to juz nie zarty, ze zaczelo sie na dobre. Chwila, na ktora czekalam dlugie 9 miesiecy, staje sie dla mnie koszmarem. Czuje sie jak male dziecko, ktoremu odebrano zabawke – oszukana, bo mialo byc inaczej, zawiedziona, bo mialo nie bolec az tak, wyczerpana i oszolomiona, bo to wszystko dzieje sie za szybko!
                            Skupiam sie… Czuje – nadchodzi. Maz wklada reke pod moja poduszke, przyciska mi glowe do piersi. Liczymy – 1… 2… 3… Po 10 sekundach lapie oddech. I znowu – 1…2…3… Nastepny skurcz przyjdzie za niecala minute. Mam czas na gleboki oddech, na krotkie spojrzenie w oczy meza…
                            “Kamienny” lekarz bez wyrazu. Stoi naprzeciwko mnie, w rozwarciu moich ud, jasno oswietlonych lampa z sufitu. Zero usmiechu, zero slowa otuchy.
                            Kolejne skurcze nabieraja mocy. Wraz z nimi wzrasta moja sila – wiem, ze pomimo bolu musze wytrwac. “Juz niedlugo” – powtarzam sobie.
                            Gdzies w przerwie pomiedzy skurczami, zauwazam swoja Pania Doktor. Przebiera sie w pospiechu w szpitalny kitel, zaklada ochraniacze na buty, sciaga zegarek. Rozzalam sie. Znowu zaczynam plakac – tak strasznie potrzebuje w tej chwili kobiecego, miekkiego glosu.
                            “Kamienny” rozplywa sie jak we mgle, nie zauwazam nawet jego odejscia. “Bedzie szybciutko, prosze sie nie martwic”. Z ust lekarki slowa te brzmia obiecujaco. Wierze jej… Przebija pecherz plodowy. Czuje przyjemne cieplo, splywajace po nogach. Kaza mi zlapac sie za uda, podciagnac nogi do siebie. Znowu sie zaczyna. Wszyscy liczymy do dziesieciu – pielegniarka z jednej strony, maz z drugiej, Pani Doktor naprzeciwko. Licze ja w myslach. Czuje jak nabrzmiewa mi twarz. Boje sie, ze peknie czaszka. Gdzies w podswiadomosci jednak mowie sobie: “Jeszcze troche wytrzymasz”…
                            Po 15 kolejnych minutach czuje niesamowity, rozdzierajacy bol – to rodzi sie glowka. Nacinaja mi krocze. “Jeszcze kilka razy” – zacheca personel. Mobilizuje sily i… jest… Przeszla glowka, kolej na ramionka i cala reszte. Czuje cieplutkie cos jakby wyplywajace ze mnie. Krzyk. “To dziewczynka!” – dochodzi mnie jakby z zaswiatow.
                            Ogarnia mnie niesamowita czulosc – wszystkie emocje, caly bol skupione dotad we mnie, eksploduja. Wybucham placzem, nie widze nawet coreczki. “Urodzilam dziecko” – mowie na glos. Patrze na zegar scienny – jest szesc minut po polnocy 12 stycznia 2004 roku.
                            Nie dociera do mnie nic. Dostaje dawke morfiny. Czuje, jak kreci mi sie w glowie. Przyjemnie… Maz juz pstryka zdjecia naszej malenkiej, mnie i calej sali.
                            Kiedy wreszcie Ja dostaje, jestem wniebowzieta. Nasza coreczka… Nasza Niespodzianka… Nasza Natunia… Zapominam o wszystkich bolach i niedogodnosciach, wenflonach, kroplowkach i morfinach. O spoconej poduszce, wstydzie i mokrej koszuli. O trzy-i pol kilowym brzuchu, ktory nagle zrobil sie plaski, piekielnej zgadze, czteromiesiecznych wymiotach i nocach spedzanych na gapieniu sie w sufit.
                            Jestem matka… Do dzisiaj tego cudu nie potrafie ogarnac…

                            Taka bylas, zaledwie 3-dniowa, sliczna dziewczynka…

                            Chociaz przyszlas do nas w mrozna zimowa noc, w jednej chwili stopnialy sniegi i drzewa pokryly sie liscmi, kwiaty pakami, a nasze serca najwieksza w swiecie miloscia. Plakalas wtedy cichutko zawinieta w kocyk. Pocalowalam Cie w czolko i poglaskalam po policzku. Zasnelas…
                            Ja nie moglam. Czuwalam… Sprawdzalam, czy Ci nie za goraco, czy miarowo oddychasz, czy ciagle jestes obok…
                            Bylas… Jestes…

                            Kochamy Cie – dzisiaj juz pieciomiesieczny lobuzie…

                            Mama

                            (Chicago, 12 czerwiec 2004 r.)


                            • Re: Nasz maly wielki cud…

                              Rozczula mnie twoje pisanie……..slicznie to wszystko ujmujesz.
                              A z porodem to mam podobne doswiadczenia. W sumie tez bylam zawiedziona ze nie jest tak jak mialo byc, bo od poczatku przykluto mnie do lozka, a na koniec tak jak tobie kazli mi czekac i nie przec, bo nie bylo mojej lekarki.
                              Ale usmiechnelam sie gdy przeczytalam ze bylas zawiedziona ze tak szybko poszlo (wiem, wiem-chodzilo o epidural).
                              Z wielkim zainteresowaniem bede cie nadal czytac.
                              Buziaczki dla lobuza! (moze wkrotce na zywo?)

                              Iwona i Karolinka (01.26.02)

                              • Re: Nasz maly wielki cud…

                                Witaj Aniu, muszę stwierdzic jak i większosc tutaj zgromadzonych internautow, ze pieknie piszesz. Moze kiedys doczekamy się wydania przez Ciebie jakies ksiazki np. “Wspomnienia Oliweczki” – bede pierwszy ktory ja kupi 🙂
                                Pozdrawiam i czekam na dalszy ciag….. Zapewnie bedziesz sie zastanawiac kto do Ciebie napisal? Odpowiem…..
                                “….i taki moral z tego wynika nie wpuszczaj do domu K. M” 🙂

                                • Re: Nasz maly wielki cud…

                                  Dzieki
                                  Postaram sie kontynuowac w podobnych klimatach… Co by Cie jeszcze troche porozczulac
                                  Buzka!


                                  • Re: Nasz maly wielki cud…

                                    … Hmmm…

                                    “…lecz gdy to zrobisz
                                    strzez sie, kochany –
                                    – zastaniesz kibel
                                    caly o….y!”

                                    Ale mila niespodzianka!
                                    Ciesze sie, ze zagladnales tutaj, Adrian.
                                    Stare dobre czasy… Echhhhhh… Kiedy to bylo?…
                                    Az lezka sie w oku kreci…
                                    A pamietasz Szczurka? Ten to dopiero byl wygibus… No i te jego korzenie…
                                    Trzymaj sie cieplo, stary druhu! I nie zapominaj!


                                    • Blog moj

                                      Kochane Czytelniczki,
                                      Zaczelam pisac internetowy pamietnik, wiec wszystkie zapraszam na stronke [Zobacz stronę]
                                      Na razie jest to hmmm powiedzmy wersja robocza.
                                      Mam nadzieje spotkac sie tam z Wami
                                      Duzia buzia!


                                      • Re: Blog moj

                                        wersja robocza??? jest świetny!!!

                                        Kaśka z Natusią (2 lata + 3 miesiące 🙂

                                        • Mój inny blog 🙂

                                          Przepraszam, że tak mieszam, ale ten stary blog na onecie prawdopodobnie niedługo mi skasują, lub ja to zrobię, a nie chciałabym stracić niczego i nikogo z wiernych odwiedzających 🙂
                                          Mój nowy dziennik internetowy to: [Zobacz stronę]
                                          Mam nadzieję, że wpadniecie.
                                          Troszkę zaniedbałam dział “Misiowi Kuleczce”, który pisałam w zasadzie tutaj, ale obiecuje się poprawić. Jakoś ostatnio wszystko mi się wali na głowę…
                                          Pozdrawiam i zapraszam jeszcze raz!


                                          Znasz odpowiedź na pytanie: Moje zycie Tobie daje…

                                          Dodaj komentarz

                                          Mozarella w ciąży

                                          Dzisiaj naszła mnie ochota na mozarellę. I tu mam wątpliwości – czy w ciąży można jeść mozzarellę?? Na opakowaniu nie ma ani słowa na temat pasteryzacji.

                                          Czytaj dalej →

                                          Ile kosztuje żłobek?

                                          Dziewczyny! Ile płacicie miesięcznie za żłobek? Ponoć ma być dofinansowany z gminy, a nam przyszło zapłacić 292 zł bodajże. Nie wiem tylko czy to z rytmiką i innymi. Czy tylko...

                                          Czytaj dalej →

                                          Dziewczyny po cc – dreny

                                          Dziewczyny, czy któraś z Was miała zakładany dren w czasie cesarki? Zazwyczaj dreny zdejmują na drugi dzień i ma on na celu oczyszczenie rany. Proszę dajcie znać, jeśli któraś miała...

                                          Czytaj dalej →

                                          Meskie imie miedzynarodowe.

                                          Kochane mamuśki lub oczekujące. Poszukuję imienia dla chłopca zdecydowanie męskiego. Sama zastanawiam się nad Wiktorem albo Stefanem, ale mój mąż jest jeszcze niezdecydowany. Może coś poradzicie? Dodam, ze musi to...

                                          Czytaj dalej →

                                          Wielotorbielowatość nerek

                                          W 28 tygodniu ciąży zdiagnozowano u mojej córeczki wielotorbielowatość nerek – zespół Pottera II. Mój ginekolog skierował mnie do szpitala. W białostockim szpitalu po usg powiedziano mi, że muszę jechać...

                                          Czytaj dalej →

                                          Ruchome kolano

                                          Zgłaszam się do was z zapytaniem o tytułowe ruchome kolano. Brzmi groźnie i tak też wygląda. dzieciak ma 11 miesięcy i czasami jego kolano wyskakuje z orbity wygląda to troche...

                                          Czytaj dalej →
                                          Rodzice.pl - ciąża, poród, dziecko - poradnik dla Rodziców
                                          Logo
                                          Enable registration in settings - general