Forum: Pamiętniki

Opowieści o moich dzieciach

Nigdy nie sądziłam, że to zrobię, że będę pisać pamiętnik, czy jakiś tam blog… To niezgodne z moim charakterem, tak myślałam. Życie rejestruję jak kamera cyfrowa – w pełnym wymiarze, w najdrobniejszych szczegółach, w każdej chwili. Tych chwil jest tak dużo, jak je spisać, jak podsumować? Spisane na kartce przestają być sobą, słowa nigdy nie wyrażą tyle emocji, chwile są zubożone, odarte z tych szczególnych „migotań wrażeń”… Zresztą: nie raz próbowałam pisać pamiętnik – kończyło się na jednym, dwóch dniach. Czytałam to później i myślałam, że to nie ja, to nie tak było. A może chodzi o to, że jestem introwertyczką? Że mój świat, moje przemyślenia są we mnie, że strzegę ich przed innymi ze … strachu? Ach, jakże upadła by moja pozycja „fajnej dziewczyny”, gdyby wszystkie te pokręcone myśli wydostały się na zewnątrz!
Dlaczego teraz? Chyba już nie dorady przeżywać tego sama, chyba krzyczę, żeby ktoś zdjął mi z głowy i z serca ten strach. Chociaż wiem, że to niemożliwe. Może chce być raz w życiu egoistką. Budować zdania zaczynające się od „ja”? Innym tak łatwo to przychodzi. Chcę spróbować.
Nie wiem, czy się odważę. Piszę to w Wordzie i może na zawsze tu zostanie.

Gdyby jednak nie, to zaczynam:

Mam na imię Kasia. To pamiętnik o moich dzieciach.

28 odpowiedzi na pytanie: Opowieści o moich dzieciach

k8-77 Dodane ponad rok temu,

Pierwsze Dziecko.

Pierwsze Dziecko.
3 czerwca 2000r. wyszłam za mąż. Za mężczyznę, którego kocham. Za mężczyznę tak samo skomplikowanego jak ja. To trudny związek. Życie nic nam nie ułatwia, ślub był przesunięty o rok z powodu śmierci Taty P.
Wydaje się jednak, że będzie lepiej. Wyjeżdżamy do Grecji. Wracamy opaleni i pełni słońca. Koniec sierpnia. W październiku wracamy na studia, to piąty rok. Wszyscy gratulują, mówią: widzieliśmy, że tak będzie, jesteście dla siebie stworzeni. Coraz silniejsza potrzeba spełnienia marzenia, które jest we mnie od dawna. Chcę urodzić dziecko mojego mężczyzny. Próbujemy w listopadzie. Na początku grudnia robię test: dwie kreski. Prawie umieram ze szczęścia. Liczę, kiedy urodzi się maleństwo, widzę siebie z brzuszkiem na korytarzach uczelni. Nic nie mówię P. Chcę mu zrobić niespodziankę, w jakiś wieczór powiedzieć jak na filmie: Będziemy mieli dziecko.
Tego samego dnia robię jeszcze jeden test, w laboratorium. Pani laborantka pyta: Dziecko, ile masz lat? Bo jesteś w ciąży. Prawie rzucam się jej na szyję. Umawiam się na wizytę u ginekologa.
Wracam do domu przechodząc przez Rynek. Śmieję się do siebie. Unoszę się nad ziemią. Jest we mnie dziecko. Już wiem, że nie wytrzymam, że zaraz powiem P., bo inaczej ta radość we mnie eksploduje.
W domu siedzimy trzymając się za ręce. Jak czuje się dwudziestokilkuletni mężczyzna, któremu żona, młoda zona, mówi, że jest w ciąży? Chyba jednak nie dowierza.
Chodzimy na spacery, P. trzyma mnie ciągle za rękę, pyta, czy nie chce czegoś do jedzenia. Świat jest piękny.
Wizyta. Pani doktor delikatnie mnie bada, mówi, ze jeszcze nic nie widać, ale piękna śluzówka. Zaleca witaminki dla kobiet ciężarnych. To jakiś 5-6tc., chociaż wtedy nawet nie wiem, jak się to oblicza. Śmiejemy się. Pytam, czy na Sylwestra mogę wypić lampkę szampana. „Jasne, tylko niech pani za bardzo przy tańcach nie skacze” – żartuje ze mnie.
Wracając do domu kupuję kilka prezentów bożonarodzeniowych dla rodziny, choć wiem, że ten najpiękniejszy jest we mnie. Ustaliliśmy, że powiemy wszystkim o Naszym Dziecku w Wigilię.
Wieczór na kilka dni przed świętami. Leżę w łóżku. Ból podbrzusza. Taki sam, jak przed okresem. Nie wierzę. Staram się nie myśleć. Ciągle boli. Sięgam ręką pomiędzy nogi. Krew. Naprawdę krew. „P., ja krwawię.” Dalej nie wierzę, choć gdzieś w środku zaczyna się rodzić strach. Potężnieje z minuty na minutę. Rano prawie nie pozwala oddychać. Krwawię. Jadę do lekarza. Bada mnie. „To wygląda, jakby tej ciąży w ogóle nie było”. I że bardzo jej przykro. I że tu jest skierowanie do szpitala na zabieg. Co ona do mnie mówi? Otępiała wychodzę z gabinetu, biorę taksówkę do szpitala. P. w pracy. Rozklejam się w ambulatorium ginekologicznym, gdzie pielęgniarka krzyczy, żeby ktoś przyszedł do tej z poronieniem. Obok mnie dwie kobiety w zaawansowanej ciąży. Dzwonię do P. „Nie ma już Dziecka”. Nie wiem, co powiedzieć więcej. Nie mogę mówić. P. krzyczy, pyta gdzie jestem. Nie mogę mówić. Udaje się za którymś razem.
Wchodzę do gabinetu. Usg. „Nic tam nie ma”. NIC.
Kontrolna Bhcg – 227, później 172. Naturalne poronienie. Obędzie się bez zabiegu.
W domu płacze ja, mąż, teściowa, która miała zostać Babcią.
Krwawię jeszcze kilka dni, zastanawiając się, który z krwawych strzępów to Moje Dziecko.
A później są Święta Bożego Narodzenia.
I to koniec opowieści o moim Pierwszym Dziecku.

k8-77 Dodane ponad rok temu,

Drugie Dziecko.

Drugie Dziecko
Drugie Dziecko nie przyszło tak po prostu. Musiało odczekać mój smutek, zmianę lekarza, oczekiwanie na wyniki badań.
Zmieniłam lekarza, bo poprzednia pani ginekolog stwierdziła, ze „takie cos się zdarza”. A ja nie wierzyłam, że „takie coś” może się stać bez powodu. Druga pani ginekolog zleciła badania na toxo, mykoplasmy, ureoplazmy. Puste nazwy, które przestawały być puste, gdy zaczynałam czytać informacje w Internecie i książkach. Powoli się dokształcałam i naprawdę wydawało mi się, że wiem już dużo. W tzw. międzyczasie pędziłam fajne życie, fajnej młodej żony, która cieszy się niezmiernie, kiedy jej fajne koleżanki zachodzą w ciąże i rodzą dzieci. Fajnie.
Zielone światło od pani doktor. „Robimy” Nowe Dziecko. Starannie odliczone dni. Jeden cykl, drugi, czwarty… wspomaganie.
Wakacje 2002. Dowiadujemy się o ciąży w małżeństwie naszych przyjaciół. Właściwie się nie starali. Ściska mnie w gardle. Trzymam kciuki. Wszystko jest ok.
Dostaję pracę. Szkoła specjalna. Od dziecięcego porażenia mózgowego do młodych złodziejaszków samochodowych. Jestem przerażona, ale o dziwo daję radę. Myślę, że znalazłam w życiu miejsce dla siebie.
14 października, dzień nauczyciela. Szkolny grill. Woń kiełbasek. Mdłości, uciekam do ubikacji. Chyba jestem w ciąży. Test, dwie kreski. Ostrożna, ale jednak radość. Tłumaczę sobie, ze tamta ciąża to wypadek, teraz musi być dobrze.
24 października, niewielkie plamienie po wizycie w ubikacji. Staram się nie denerwować. Następna wizyta, następne plamienie. Myślę: „Boże, znowu”. Po pracy biegnę do lekarza, wchodzę poza kolejką. „Niech się pani nie denerwuje, jest serce. Plamienia się zdarzają”. Jest serce. Pierwszy raz w życiu oglądam na monitorze cud życia. Bijące maleńkie serduszko. Myślę: „Mój Dzidziuś”. Zwolnienie z pracy. Ciężko, to moja pierwsza praca, popracowałam 2 miesiące. Ale przecież dla dziecka zrobię wszystko. Dzwoniąc do dyrekcji dowiaduję się, ze moja koleżanka – również pierwszy rok w pracy, też Kasia –jest w ciąży i też idzie na zwolnienie. Dobrze, nie jestem sama.
O ciąży wiem tylko ja i P. Nie chcemy nikogo denerwować. Czekamy. Przyzwyczajamy się. Mam mdłości, bolą mnie piersi.
Następna wizyta. Plamień nie ma, ale dostaję duphaston. Boję się, ale pani doktor uspokaja. Decydujemy się poinformować rodzinę. Cieszą się tak jak my – ostrożnie. Nic już nie będzie takie, jak za pierwszym razem.
Oglądamy zdjęcia z usg. Ostrożnie liczę, kiedy urodzę. Nie mam już mdłości. Nie bolą mnie piersi. Tak z dni na dzień.
Następna wizyta. Pani doktor uspokaja mnie, ale mówi coś w rodzaju „wszystko w rękach Boga”. Nie rozumiem. Nie chcę rozumieć? Nie dostaję zdjęcia z usg. To 9 tc.
Wizyta za dwa tygodnie. Pierwszy raz jadę z P. Dlaczego? Chyba chciałam, żeby zobaczył Nasze Dziecko. W poczekalnie prywatnego gabinetu sekretarka patrząc w moją kartę jeszcze przed wizytą wręcza mi reklamówkę pełną darmowych próbek specyfików dla dzidziusia i różnych broszurek. Rysunek na reklamówce przedstawia uśmiechniętą kobietę z wielkim brzuszkiem. Śmiejemy się z P. Moja kolejka. Wchodzę, mówię do P., że go pani doktor zawoła. Siadam na fotel. Usg dłuższe niż zwykle. Pani doktor milczy. Przestaję oddychać. „Tak mi przykro. Serduszko nie bije”. Na kilka sekund umieram. Później płaczę. Prosto serca, prosto z braku serduszka. Nie mogę się ubrać. „Tu jest skierowanie na zabieg”. Boże, nie wierzę, przecież to już było. Wychodzę. P. chwieje się, widząc mnie zapłakaną. Uciekam do ubikacji. P. idzie do lekarki. Przychodzi do mnie. Jak mam to opisać? Jak? Szloch, od którego boli wszystko w środku.
Szpital. Potwierdzenie diagnozy. Oczekiwanie na zabieg. Mądry lekarz trzyma za rękę. Ale tylko jeden jest taki. Wjeżdżam na wózku do sali zabiegowej. Fotel. Pasy na nogi. Przed przyjściem anestezjologa widzę wniesione… wiadro? Pojemnik? Pojemnik na Moje Dziecko. Narkoza.
Po zabiegu płaczę tak, że nie mam już siły. Pytam, czy mogę się umyć. Znudzona pielęgniarka kiwa głową. Idę pod prysznic. Hektolitry krwi. Po Moim Dziecku. W pochwie jakiś dziwny tampon. Nie wiem, czy mogę to wyjąc. Wycieram się, idę do pokoju pielęgniarek. Ubrana choinka, włączony telewizor, panie śmieją się i rozmawiają. Mówię: „Przepraszam, chciałam o cos zapytać”. Jedna odrywa głowę od telewizora. Czy mogę wyjąc ten tampon? Kiwnięcie głową. Rozmowy. Śmiech. Wracam pod prysznic, wyjmuję tampon. Brodzik zabarwia się na czerwono. A myślałam, że nie umiem już płakać.
Wychodzę ze szpitala na dwa dni przed Wigilia. Odbiera mnie teściowa, która na widok szpitalnego sklepu pyta, co bym chciała. Mówię: „Chciałabym, żeby było tak, jak tydzień temu”. Zalewa się łzami. Jest mi przykro, że to powiedziałam.
A później są Święta Bożego Narodzenia.

Ale to nie jest koniec opowieści o moim Drugim Dziecku. Drugie Dziecko żyło ze mną jeszcze długo. Po feriach wróciłam do pracy. Wróciła też moja koleżanka – z pięknym brzuszkiem, w którym brykała jej córunia. Patrzyłam codziennie na jej brzuch i myślałam, ze moje dziecko tez mogłoby tak rosnąć. Urodziła trochę wcześniej niż ja miałam urodzić.

I to jest koniec opowieści o moim Drugim Dziecku.

teo Dodane ponad rok temu,

Re: Opowieści o moich dzieciach

kasiu

nie wiem co napisać…po prostu nie wiem…….

bardzo to smutne jak to opisałas….
łzy ciekną mi po policzku — – – i potrafie sobie tylko wyobrazic co czułas i jak było tobie – wam – cieżko…….

niecierpliwie czekam na dalszy ciag…..

ILONA,KUBEK
+lipcowa córcia

kata Dodane ponad rok temu,

Re: Drugie Dziecko.

Kasiu tak mi przykro ze tyle wycierpiałaś

na szczęście wiem że dalsze rozdziały są szczęśliwe (pamiętam jak ja byłam w 14 tc a ty w 18 tc i ssssstrasznie ci zazdrościłam że jesteś już taka zaawansowana

Zobaczysz że jesienią Adaś będzie super starszym bratem

k8-77 Dodane ponad rok temu,

Trzecie Dziecko – Adam.

Trzecie Dziecko – Adam.
Drugie Dziecko zostawiło w spadku dwie rzeczy: świadomość, że Bóg mnie nienawidzi i totalny brak zaufania do lekarzy ginekologów. I z jednym i z drugim ciężko było żyć. P. zamknął przeszłość w momencie, kiedy ja jeszcze odwracałam wzrok przechodząc obok kobiet w ciąży. Przestaliśmy rozmawiać na ten temat, choć we mnie wszystko wyło i pytało wciąż „dlaczego”. Awantury zastępcze urządzaliśmy (ja urządzałam) kilka razy na dzień. Ciężko. Pojawia się Oski, psi Anioł-Stróż. Codziennie wypłakuje mu się w szczenięce ucho.

A oprócz tego pracowałam, właściwie rzuciłam się w wir pracy. Zyskałam „wierno-poddańczą” sympatię uczniów. Zabrałam kiedyś dziesięciu 16-18-latków z wyrokami na karku do teatru i … wróciłam cała i zdrowa. Byli wspaniali.

W małżeństwie następnych naszych przyjaciół radosna wieść. „Jestem w ciąży, zrobiłam test” – szczebioce mi przez telefon przyjaciółka, a ja nie mogę nadziwić się jej beztrosce. Trzymam za nich kciuki, z nerwów boli mnie brzuch. Boże, żeby im się udało. Nie udaje się – pęcherzyk jest pusty. Płacze razem z nią zastanawiając się, czy opowiedzieć jej moją historię. Nie.
Ona trafia do dobrego lekarza. Nie wierzę już w słowo „dobry”, ale ten jest przynajmniej znany. Moje cykle głupieją – 60 dni, 20 dni, bolesne do zwariowania miesiączki. Decyduję się. Dzwonię do lekarza na komórkę. Pamiętam swój tekst: „Mam telefon do pana doktora od mojej przyjaciółki, która powiedziała, że jest pan najlepszym lekarzem w Krakowie. A ja potrzebuję teraz najlepszego lekarza”. Chyba się przejął.

Przed wizytą pierwsza projekcja. Projekcje urządza mi mój umysł, podsuwając do głowy to, co może się zdarzyć. „Nie będzie pani mieć dzieci” słyszę w głowie jak mantrę.

Wizyta. Trochę się rozkleiłam. Chyba przyzwyczajony do takich scen. Pyta o badania. Pokazuje. Pyta o badania hormonów i przeciwciał. Czego??? Nie wiedziałam, że coś takiego się robi! Zdziwiony. Mówi : „Proponuję zawiesić starania aż do momentu uzyskania wyników wszystkich badan. Podejrzewam, że zajmie to około pół roku”. Szok. Chyba podświadomie liczyłam na to, że dzięki wizycie u niego zajdę w ciąże i urodzę dziecko. Biorę gruby plik skierowań na badania i nagle olśnienie: ten gość ma racje. „Nie chce, żeby pani cierpiała”. Ja też nie chce. Pytam, czy to wszystkie badania, które mogę zrobić. Dodaje genetykę.

Zaczynam robić badania. Nikt to tego nie robił nie zdaje sobie sprawy, ile to kosztuje… W małżeństwie coraz gorzej: ja żyje w przekonaniu, że P. mnie nie rozumie, P. – że się od niego odsuwam. Kolejne wizyty, ocena wyników. Diagnoza: zbyt niski progesteron. Pytam, czy to się da wyleczyć. Oczywiście. W między czasie torbiele, które trzeba wyleczyć, owulacja, której nie ma. W końcu – „No to zaczynamy”. Zamiast radości – panika. Strach, że ten koszmar się powtórzy. „Proszę zrobić reset”. Próbuję.

Zaczynamy „pracować” nad Trzecim Dzieckiem. Fatalna atmosfera. P. na bezrobociu. Do łóżka wchodzimy w 13, 14, 15 dc – i tylko wtedy. Stymulacja clo. Dziewczyny zaskakują w pierwszym, drugim cyklu. A u mnie co miesiąc rozwianie złudzeń. Czwarty cykl, wizyta. Badanie P. Wyniki dobre, ale nie rewelacyjne.

Przyjaciółka mówi mi, ze jest w ciąży. To ta od pustego pęcherzyka. Tym razem mówi o ciąży, gdy jest w 8 tygodniu.

Szósty cykl. Wchodzę rano do łóżka. „P., dostałam okres”. Nic nie mówi, przytula. Wtedy postanawiamy się ratować. Likwidujemy oszczędności, planujemy wakacje. Wizyta. Doktor mruczy coś o blokadzie, stwierdza, ze to ostatni cykl na clo, po wakacjach próbujemy inseminacji. Kolejne słowo w moim prywatnym słowniczku ginekologiczno – położniczym.

Jedziemy nad morze. My i pies. Piękna pogoda. Kiedy dojeżdżamy do Łeby przelatują obok nas stada, dosłownie stada, bocianów. Mówię: „Zobacz, może to znak. Wstyd wrócić bez dziecka”. A potem milknę. Nie chce, aby cos się znowu popsuło. Nie chce tej ciężkiej atmosfery i odliczania dni. Nie.
Jest cudownie. Mieszkamy w namiocie. Piękna pogoda, po trzech dniach jesteśmy slodko-brązowi. Raniutko chodzę z psem na pusta plażę. Pięknie. Wydajemy wszystkie pieniądze na pierdoły, pijemy piwko i wino. Super. Kochamy się jak dawniej, zupełnie nie prokreacyjnie. P. pyta kiedyś: „A który to właściwie dzień cyklu?” Liczę. Już po owulacji. 16 dzień. Wieczorem ten jeden jedyny „prokreacyjny” raz na życzenie P. Jest 15 sierpnia 2003r. Następnego dnia P. nie kupuje mi piwa, bo „to mu może zaszkodzić”. Komu? Nie rozumiem. No, synkowi. Stukam się w głowę, jestem zła. P. łagodzi sprawę, ale pozwala tylko na pół piwa. A w drodze powrotnej do Krakowa zakazuje picia napojów energetyzujących. Wyczytal na puszce, ze kobiety w ciąży nie powinny ich pić.

W Krakowie dobra wiadomość. P. dostał prace. Robimy ostatni, wakacyjny wypad na Rynek. Mandat za wycieraczką. Jedziemy do jakiegoś urzędu to wyjaśnić. Zostaję w aucie. Czekam na P. i nagle czuje, ze zaraz zwymiotuję. Boże, chyba jestem w ciąży. Nie, to niemożliwe. Wracamy w sierpniowym upale przez zakorkowane Aleje. Mdłości stają się nie do wytrzymania. Odchylam siedzenie, oddycham głęboko. „Mówiłem, że jestes w ciąży”.
Dalej nie wierzę. Wrzesień, wracam do pracy. Raniutko w piątek robię test. Dwie kreski. Chyba jednak strach zamiast radości. Przytulam się do P. „Jestem w ciąży”. Przytula i nie rozmawiamy już o tym.
Dzwonię do lekarza. „Panie doktorze, chyba jestem w ciąży”. Gratuluje, poleca zrobić Bhcg i progesteron. Kończy się piątek, nadal jestem w ciązy.
W sobotę P. budzi się, gdy wracam z łazienki i patrzy pytająco. Uspokajam. Niedziela. Dalej jestem w ciazy. Poniedziałek. Robie badania. Wtorek – odbieram wyniki. Beta ponad 3000, wspomagany progesteron – prawie 36. Chryste, ja naprawdę jestem w ciazy. Telefon do doktora. Świetne wyniki, wizyta pod koniec miesiąca.
Zaczynam się bać. Piersi bola, ale na wszelki wypadek dotykam ich co pół godziny sprawdzając. Każda wizyta w lazience (a jest ich teraz duzo), to 10-sekundowe zdejmowanie majtek i głęboki oddech przed spojrzeniem na wkładkę.

20 września, rano. Na papierze toaletowym ślad, cień. Odpycham te straszną myśl. Jadę do pracy. W pracy wiem już, ze to nie cień. To plamienie. Boże, ty mnie chyba naprawdę nienawidzisz. Telefon do lekarza. Każe natychmiast przyjechać. Zwalniam się z pracy szlochając przed dyrektorka jak głupia. Umawiam się z P. na przystanku w połowie miasta. Przytula mnie, nic nie mówi.

Wizyta, wchodze z P.., bo wiem, że nie zniosę tego sama. Od razu usg. Kilkusekundowa projekcja w głowie. Kładę się, trzęsę się tak, że doktor najpierw mnie uspokaja. Głowica. Patrzę tępo w sufit. „Proszę tu spojrzeć”. Machinalnie odwracam głowę w strone monitora. Jest. Serce. Nie odchodź ode mnie Moje Dziecko, proszę, proszę, proszę. Przychodzi P. To chyba niemożliwe, ale on ociera łzę. Być może pękło jakieś naczynko, był mały krwiaczek. Teraz jest wszystko w porządku.
Kumulacji uczuć, jakie były wtedy w mnie, nie potrafię opisać. Ciągle przeważa strach.

Zwolnienie z pracy. Siedzę w domu. Obstukuję piersi. CHCĘ mieć mdłości. Tydzień po wizycie – brunatne mega-plamienie. Panika. Telefon do doktora. Mówi, ze to nic strasznego, potrwa tydzień i przejdzie. Wcale mu nie wierzę, nic a nic. Szukam czegoś w Internecie. Znajduje adres forum. Loguje się i pisze mojego pierwszego rozpaczliwego posta. Ratunku. Plamię. Masa odpowiedzi. Nie martw się, też tak mialam, wszystko jest w porządku. Kocham to forum, kocham każdą z tych dziewczyn. Zostaję. W kąciku poronień czytam swoją-nieswoją historie. Nie tylko ja to przeszłam. Zostaje tutaj. Odpowiedzi na każdy mój zdołowany post podnoszą mnie na duchu.

9tc. Wizyta. Straszne projekcje w głowie. Gdzieś w środku siebie słyszę: „Tak mi przykro. Nie mam najlepszych wiadomości”. Strach, strach, strach.
Ale wszystko jest w porządku. Dzidzia rośnie i macha do nas radośnie niby-nóżkami. Mówimy rodzinie, w koncu i tak się dowiedzą. Znajomym nie mówimy nic.

Moje obserwacje z tamtego okresu: 1) nie należy nosić czerwonych majtek (klaczki z bawełny mogą dostać się na wkładkę i później spędza się kilka pełnych grozy chwil zastanawiając się, czy to przypadkiem nie krew), 2) nie należy kupować papieru toaletowego z różowymi nadrukami (kiedys mało nie dostalam zawalu serca po użyciu velvetu z nadrukiem różowej truskawki). Brzmi komicznie. A jednak to wszystko działo się naprawdę.

Czekam na koniec pierwszego trymestru jak na zbawienie. Wymiotuję, panicznie się boję, że skurcze żołądka mogą coś zrobić dziecku. Koniec pierwszego trymestru – dwa dni pod rząd, kiedy nie mam mdłości. NIE MAM MDLOSCI. Panika, może ciąża obumarla? Na szczęście wracają. Przed kazda wizyta straszne projekcje.

A dziecko rośnie. Muszę kupić jakies ciuchy ciążowe; boje się, ze cos się stanie i zwariuje z rozpaczy patrząc na ciążowe spodnie. W chwili odwagi zamawiam dżinsy w Internecie. Kiedy je wkładam okazuje się, ze jestem w ciazy. Mój wyjęty z obszernych swetrów brzuszek jest śliczny. Ale boję się ciągle.

Toczę wewnętrzną walkę. Z jednej strony chciałabym całemu swiatu pokazać, że noszę brzuchu dziecko. Z drugiej strony, kiedy w sklepie czuję na sobie spojrzenie jakieś dziewczyny, zastanawiam się, czy przypadkiem nie stracila ona ciązy i nie pyta sama siebie „dlaczego”. I nie chce jej ranić. Paranoja. Gry coś takiego się zdarza, myślę: „Wiesz, rozumiem cię. Wierzę, że spotkam cię kiedyś ze slicznym brzuchem. Ja dlugo czekałam na te ciazę”.

W 16tc idę do innego ginekologa nagrać film z usg. Mówi, że to syn, tak na 75%. Dzwonię do P. Pytam: „Jak myślisz, chlopiec czy dziewczynka?”. Mówi, że on od początku wiedział, ze to syn. Czekam na potwierdzenie od mojego lekarza. Jest. Mój syn. Mój pierworodny. Adam.
Trochę mniej strachu. Pocieszam zamartwiające się o swe fasolki dziewczyny z forum. To sukces.

Kiedy ruchy? Ciągle ich nie ma. Strach. W 19tc, kiedy jadę do pracy czuje to boskie puk puk. No i ryczę w tramwaju. Ruchy są, ale dalej panika. Czasem na pół dnia ustaja. Strach, strach, strach. Wiem już, ze dziecko można stracić na każdym etapie ciązy, nie tylko w pierwszym trymestrze. Boje się, co chwila wizyty u gina, na szczęście przyzwyczajonego do wariatek i panikar.

A później są Święta Bożego Narodzenia.

Wysyłam kartki do przyjaciół podpisane K. & P. & Maluszek Z Brzuszka. Rękami drży, jak to piszę.

Cały czas strach, maskowany, bo maskowany, ale jednak. Odzywa się koleżanka, jest na tym samym etapie ciąży co ja, wczesniej jedna stracila. Wspieramy się telefonicznie.

30tc – mój duży synek rozrabia caly dzień w brzuchu. A później cisza. Piję gorące mleko z miodem. Cisza. Biorę prysznic. Cisza. Słucham głośno muzyki. Cisza. Telefon do lekarza. „Panie doktorze, nie czuję ruchów” – szlocham w słuchawkę. Wizyta, straszne projekcje.
Na monitorze usg widzę synka; przekręcił się w brzuchu, siedzi teraz na pupie. Zmieni się rodzaj ruchow. Dziecko jest na tyle duze, ze już się pewnie nie przekręci. Kolejne wskazanie do cc.
Faktycznie, nową rozrywką Adama stają się próby wystawienia glowy przez maminy pępek.

Święta Wielkanocne. Jestem juz duża, duża. Kupujemy wózek.

Kwiecień. Upały. Puchnę. 26 kwietnia rodzi Mikołaja moja telefoniczna kolezanka. Mam termin cc na 30 kwietnia.

Przedostatnie ktg. W maleńkiej poczekalni szpitala ja z wielkim brzuchem i szlochająca dziewczyna wtulona w chłopaka. Smutek.

Później wszystko idzie szybko. Przyjazd do szpitala, znieczulenie i nagle kładą mi na piersiach Moje Dziecko. Różowy, śliski cud. CUD. To słowo pojawia się często w wypowiedziach dziewczyn, które straciły wczesniej dziecko lub nie mogły zajść w ciążę. Jak inaczej nazwać tę bezbronną kruszynkę, w której kumulują się wszystkie marzenia? To cud.

Nagle stałam się mamą. Położna przystawiłam mi dziecko do piersi, maleńki człowieczek tak po prostu zaczął jeść. Nie zabrzmiały trąby, nie rozspiewały się chóry anielskie. Było normalnie. I dlatego dobrze.

Przez chwilę myślałam, że w szpitalu jest jeszcze kilkanaście takich mam jak ja i ze chyba to nic nadzwyczajnego urodzić dziecko. W szpitalach i klinikach leżą tysiące matek, które karmią, przewijają, zakładają czapeczki, całują w główki, czekają na otwarcie maleńkich oczek…Stop. W każdym szpitalu jest też salka, w której jakaś kobietą opłakuje stratę dziecka. I właśnie dlatego ta mała wrzeszcząca różowa kluska jest PRAWDZIWYM CUDEM.

Adaś ma prawie dwa latka. Nie umiem napisać, jak go kocham.

Zastanawiałam się kiedyś, czy mamy takie jak ja, kochają swoje dzieci inaczej. Nie chodzi o słowa „bardziej” czy „mocniej”. Tylko inaczej. Trochę niedowierzająco.

Czekanie na Adasia nie było łatwe. Nie maiło nic wspólnego z beztroskim czasem, radosnym oczekiwaniem. Taki stan nigdy nie będziemy już dany. Wiem, że od dwóch kreseczek do różowego dziecka przy piersi długa, długa droga.

Trzymam kciuki za każdą dziewczynę, która ogłasza na forum pozytywny wynik testu ciążowego. Trzymam te kciuki i boję się. Nie umiem inaczej.

Nie potrafię zasnąć, jeśli nie usłyszę miarowego oddechu swojego syna.

Dodane ponad rok temu,

Re: Trzecie Dziecko – Adam.

Najlepsza przyjaciolka mojej siostry stara sie od lat, wszyscy trzmamy za nia kciuki. Kiedy ja zaszlam w ciaze, nie potrafilam jej powiedziec, czulam sie jakby winna, ze tak latwo mi to przyszlo. Przyszlo latwo, ale i tak codziennie mysle o tym, zeby wszystko bylo ok. Masz racje – miedzy dwiema kreskami a dzieckiem na brzuchu – dluga droga. Gratuluje Adasia, my tez czekamy na Naszego Malego Synka. 🙂

kasiejka Dodane ponad rok temu,

Re: Opowieści o moich dzieciach

Pięknie to opisałaś i poruszyłaś wszystkie struny w moim sercu-poryczałam się. Jaką strasznie trudną drogę przeszłaś Kasiu. Ja pokornieję wobec takich historii. Po przeczytaniuTwojej opowieści napisalam długi email do mojej przyjaciółki opisując jej wszystkie swe uczucia związane z Twoją opowieścią bo uruchomiłaś wręcz morze odczuć, refleksji i doznań w moim sercu, sercu kobiety która jest w trakcie tej drogi do dziecka i wciąż, wciąż nie może się go doczekać. Dziękuję. Kasia

mai Dodane ponad rok temu,

Re: Trzecie Dziecko – Adam.

zryczalam sie jak glupia…..pieknie piszesz

duuuzo zdrowka Kochana

srdecznosci,

& Sierpniowa Dziewuszka!

teo Dodane ponad rok temu,

Re: Trzecie Dziecko – Adam.

kasia

wisisz mi paczkę chusteczek higienicznych – ktore własnie wysmarkałam i wycierałam oczyska zaryczane….i jak ja pojde po moje pierwsze dziecko do przedszkola :)??
nieasmowita jest historia Adisiowego poczecia 🙂 i doceń intuicję twojego męża 🙂

naprawde dużo przeszłaś —- ta truskawka na papierze toaletowym…śmiesze spostrzeżenie 🙂

czekam niecierpliwie na opis 4 dziecka 🙂 tego co sie rozwija w tobie….
i tez uwazam że kazde dziecko to CUD….każde 🙂 i łasnie teraz mnie taki malutki cud kopie w brzuchu 🙂

ILONA,KUBEK
+lipcowa córcia

abcdefg Dodane ponad rok temu,

Re: Trzecie Dziecko – Adam.

Poruszylas mnie i rozplakalas. Ja naleze do tych szczesciar, ktorym udalo sie szybko zajsc, dobrze znosilam ciaze i urodzilam zdrowe dziecko. Czytajac o takich przejsciach jak te, ktore staly sie Twoim udzialem, doceniam to jeszcze bardziej.
Zycze Ci wszystkiego najlepszego i ucaluj Adasia!
PS: Jesli mozesz, napisz mi – moze byc na priva – co to za lekarz, ten dobry. Przyda mi sie jak bedziemy planowali rodzenstwo dla Mata.

Pozdrawiam ja i moj Mateusz ’05

kiniat Dodane ponad rok temu,

Re: Trzecie Dziecko – Adam.

“Pięknie opisałaś” swoje smutki, nie dziwię się dlaczego teraz miałaś rozterki….
Pozdrawiam bardzo ciepło i trzymam kciukaski

Kinga z Kacperkiem (14.05) i Kubą

k8-77 Dodane ponad rok temu,

Czwarte Dziecko -? cz. I

Czwarte Dziecko.

Trudno mi zacząć o nim pisać, bo ciągle nie wiem, czy zdecyduje się ze mną zostać.

Jeszcze poczekam.

k8-77 Dodane ponad rok temu,

Czwarte Dziecko -? cz. II

Uda się. Musi się udać.
Wcale nie musi. Może.
Tyle już się udało przejść, teraz będzie dobrze.
Dlaczego nie ma ruchów? Były bąbelki teraz nie ma nic.
Dziecko ma jeszcze dużo czasu na ruchu. Dorośnie i kopnie.
Boje się następnego usg.
…………………………………

Przez ostanie parę godni wgląda moje życie. Góra – dół, góra – dół. Chyba jestem z tym sama. Wydaje mi się, że wszyscy mają mnie dość, tych moich ciągłych strachów. A co ja poradzę na to, że sa? Poza tym już nie chce z nikim o tym rozmawiać. Nagle wszyscy okazują się pieprzonymi jasnowidzami: Będzie dobrze, zobaczysz i inne pierdoły.

Pomysł na drugie dziecko pojawił się na porodówce, gdy leżałam z Adamem na brzuchu. Później przez jakiś czas łudziłam się, że następna ciąża będzie łatwiejsza, spokojniejsza, że będzie inaczej.
Nie było.

Problemy zaczęły się wraz z podjęciem decyzji o zaciążeniu. Brak owulacji, cieniutkie endometrium. Stymulacja. Monitoring. Clo, duphaston, progynowa, pregnyl. Żegnaj romantyzmie.

Po hormonach zawsze mi było źle, ale tym razem to już była jakaś katastrofa. Z natury włoskie małżeństwo zaczęło przypominać małżeństwo państwa Rose. Adam bieduś.

Dziesięć dni po duphastonie – cyce jak banie, nie mogę spać na boku ani brzuchu, co rano – katastrofalne mdłości. Nie wierzę w ciąże. Za wcześnie na objawy, poza tym jak może się udać za pierwszym monitorowanym razem? Grzebię w archiwum forum. Tak, duphaston może mieć takie skutki uboczne.

1 lutego. 38 dc. Brak miesiączki. Dzień wcześniej kupuje test. Robię go rano, przed praca. Podświadomie wiem, ze to ciąża, ale nie mogę uwierzyć. Dwie kreski. Grube. Szeptam P. do ucha: „Jestem w ciąży”. Głaszcze mnie po głowie. Czy to nie straszne, że nie umiemy się cieszyć? Jadę do pracy. Telefon do gina. Idę zrobić betę. Wracam zmordowana z pracy. Jeszcze spacer z psem. Wracają chłopaki. Adam marudny i upierdliwy, co się dzieje? Zasypia koło 20. Kładziemy się z P. na łóżku, przysypiamy na chwile. Staje, idę siku. Zciągam majtki. Leje się ze mnie krew. Czerwona bielizna, czerwone uda, monotonne kapanie. Nie, nie płaczę. Wołam P. Nawet nie musze mówić, ze krwawię. Dzwonie do gina. Panie doktorze, chyba już nie jestem w ciąży.. Zrobić bete druga, przyjść następnego dnia. W nocy Adam zaczyna rota wirusa. Krwawienie ustaje. Placzę dopiero rano, po trzeciej zmianie pościeli, kiedy zostawiam lejącego się przez ręce Adasia z P.

Beta wysoka. Dzwonię do P. Byłam w ciąży. Wizyta. Czy może być jeszcze gorzej niż jest? Może. Susp. Missed Abortion. Poronienie zatrzymane. Ciąża jest. Blisko ujścia, brak serca. Poronienie właściwe zacznie się za kilka dni. Prawdopodobnie. Odstawić duphaston. Może uda się uniknąć zabiegu. Dzwonić z wynikami bety. Przyrasta, ale mało. Moja przyjaciółka rodzi drugą córkę.

Wyjeżdżamy na ferie. Czekam na krwawienie. Nie ma, nie ma, nie ma. Rano – mdłości. Zapycham się kiszonymi ogórkami. Co się dzieje?

Wizyta. Niespodzianka. Jest ciąża. Z serduszkiem dzielnie bijącym. Tyle, że obok ciąży dwa olbrzymie krwiaki. Zmiana diagnozy: poronienie zagrażające.

I, kurcze, już nie chce mi się pisać. Bo później zdarzyło się jeszcze parę innych spraw. A ponad tym wszystkim: strach, strach, strach.

Madziu, tak mi przykro. Są ludzie, za których trzymamy kciuki zaciskając aż do bólu palce. Ty jesteś taką osobą.

Jestem w 18 tyg. ciąży. Na ostatnim usg określono wymiary dziecka na tydzień mniej. Biorę acard. Nie mam już mdłości. Nie czuję jeszcze ruchów – kopniaczków. Boję się usg.

k8, Adamo-Pularrdo-Diabolo i?

vinga Dodane ponad rok temu,

Re: Czwarte Dziecko -? cz. II

A ja ściskam kciuki za Ciebie i Twoją kruszynkę… i wierzę, że nam też się kolejny raz uda…

Agnieszka, Antoś (05.02.05) i październikowa kruszynka

erica Dodane ponad rok temu,

Re: Czwarte Dziecko -? cz. II

no i ryczę jak bóbr. Tak mi smutno, jak przeczytałam Twój pamiętnik. Cuż mogę powiedzieć? Może tylko tyle, że będe się modlić za twoje maleństwo, żeby tak, jak Adaś było śliczne, szczęśliwe i obdarzyło Cię najpiękniejszym spojrzeniem świata. Tym jedynym. Pierwszym spojrzeniem. Niepowtarzalnym i najcudowniejszym spojrzeniem.

erica i Dawcio 15.10.04

kata Dodane ponad rok temu,

Re: Czwarte Dziecko -? cz. II

nie wiem Kasiu co powiedzieć na tyle twojego strachu, obaw, ja nie miałam takich problemów… Nie wiem jak to jest….

może po prostu…..trzymam mocno mocno kciuki za Was i wierzę w happy end

ściskam was serdecznie

k8-77 Dodane ponad rok temu,

Czwarte Dziecko – cz. III – Maja

Córeczko – Majeczko. Kocham Cie za każdego kopniaczka.

Kolejne usg u “mojego” ginekologa. 20 tydzień. Niby mila wizyta, ale dlaczego, do cholery, nie zrobil mi “połówkowego”??? Wcześniej nie zrobił też przezierności… Czyzby takie badania przyslugiwały pacjentkom, które zamierzaja rodzić w prywatnej klinice, w ktorej pracuje pan doktor???
Niemal od poczatku ciąży chodzę rownolegle do innego gina. To on mnie uspokajal przy pierwszotrymestrowych histeriach, to on zrobił mi przezierność.Dwa dni po wizycie u “mojego” ide wiec do niego na “połówkowe”. Coreczka. Maja, Majeczka, Majunia, Majka. W komorce przygotowane dwa smsy: “no i mam w brzuszku syneczka” i “no i mam w brzuszku coreczke”. Radość wybucha dopiero, gdy po usg (wszystko w jak najlepszym porzadku) dzwonię do P. Chyba bedziemy mieli corke. Tak naprawde, Majeczko, to ciągle nie moge uwierzyc.
Po tej wizycie ‘zidentyfikowana” Mloda daje znaki w dzien i w nocy. Kocham Cie, coreczko. Już nigdy nie zwątpię w to, że będziesz.

Jednoczesnie wzrasta (choc myslalam, ze to niemozliwe) miłość do Adama. Schrupalabym szkraba.

Kocham ten stan.

k8, Adaś i Maja_Z_Brzucha

teo Dodane ponad rok temu,

Re: Czwarte Dziecko – cz. III – Maja

:))

cudowna wiadomość 🙂
gratuluję tego że czwarte dziecko… Majka…..jest…że będzie…

i oby tak dalej 🙂

ILONA,KUBEK
+lipcowa córcia

abcdefg Dodane ponad rok temu,

Re: Czwarte Dziecko – cz. III – Maja

Gratuluje serdecznie!!! Na pewno wszystko bedzie dobrze i bedziecie wszyscy bardzo szczesliwi.

Mateusz 08.05.’05 – ROCZEK!!!

kata Dodane ponad rok temu,

Re: Czwarte Dziecko – cz. III – Maja

super gratuluję Majeczki, niech się zdrowo rozpycha

Znasz odpowiedź na pytanie: Opowieści o moich dzieciach

Dodaj komentarz

Tematy, których nie znalazłam w forum
kuchenki mikrofalowe
były juz suszarki i pralki, teraz ja proszę o pomoc w wyborze dobrej kuchenki mikrofalowej; na co zwrócić uwagę, jakie funkcje są porządane? [i]Ewa i Krzyś (3 latka) [/i] [img]/upload/3/15/_584326_n.jpg[/img]
Czytaj dalej
Leczenie niepłodności
Po wizycie u Doktorka Zamorka
I zaczął się kolejny cykl walki o inseminację i o dzidziusia. Doktor zdecydował, ze ten cykl będzie jeszcze mało przystymulowany. Przepisął mi 1/4 clo i eksperymentalnie lek o nazwie Vamea, który
Czytaj dalej