Spóźniony prezent

Nasz syn pojawił się po zewnętrznej stronie mojego brzucha, trzeciego dnia po naszej pierwszej rocznicy ślubu, w pochmurne październikowe popołudnie. Pojawił się jako spóźniony rocznicowy prezent i przewrócił nasze dotychczasowe życie do góry nogami. Od tamtej chwili, mimo pochmurnych i deszczowych dni u nas zawsze świeci słońce.

Do porodu podchodziłam raczej spokojnie, bez stresu i nerwów, bo wiedziałam, że poród to krok do spotkania z długo wyczekiwanym przeze mnie i Jacka maleństwem.

Zaczęło się w nocy (dwa dni prze wyznaczonym terminem).
We wtorek około godziny dwudziestej drugiej minut trzydzieści poczułam, że coś ze mnie wylatuje ciurkiem, a ja nie mogę tego zatrzymać w żaden sposób. Poszłam, więc zaczerpnąć rady bardziej doświadczonej ode mnie mojej mamy:
– mamo, to chyba już – wyrwałam ją ze snu.
– co się dzieje córciu? – spytała.
– chyba poród się zaczyna, sączą mi się wody.
– to pewnie dziecko naciska na pęcherz, bo obniża się powoli, połóż się spać.
Położyłam się, ale nie zasnęłam, wsłuchiwałam się w swoje ciało i obserwowałam, co się z nim dzieje. To wcale nie był pęcherz. Jacek spał, ja czekałam. Liczyłam odstępy między delikatnymi już skurczami, wtedy chlupnęło ze mnie.
– chyba się zaczęło – szturchnęłam Jacka trochę podniecona, trochę przestraszona.
– co się zaczęło? Dlaczego mnie budzisz? Idź spać, coś Ci się przyśniło.
– zaczęłam rodzić! Słyszysz? RODZIĆ NASZE DZIECKO!!!
– naprawdę? – Jacek zerwał się na równe nogi – to naprawdę już? A nie możecie poczekać
z tym do rana?
– powiedz to dziecku, ono chce już – uśmiechnęłam się pod nosem i pobiegłam do łazienki zmienić bieliznę i odświeżyć się przed wyjazdem do szpitala. Szpitalna torba leżała koło pustego dziecinnego łóżeczka, spakowana już przed miesiącem.

Ruszyliśmy w drogę. Był środek nocy. Gdybym wiedziała, że do końca porodu jeszcze siedemnaście godzin, spokojnie poczekałabym do rana. Ale to nasze pierwsze dziecko i stres nasilał się z minuty
na minutę.

Na izbie przyjęć oczywiście wszystkie formalności jak na Polską służbę zdrowia przystało, trwały dość długo. Nie przypuszczałam, że aby urodzić dziecko, szpitale potrzebują aż tylu informacji – dla mnie to bzdura, bo np. jakie znaczenie dla porodu ma wykształcenie ojca dziecka?
Nie wiem ile czasu spędziłam w tym zimnym, ponurym pomieszczeniu, zwanym izbą przyjęć, z niezbyt sympatyczną pielęgniarką, która w końcu oddelegowała mnie na salę, w której miałam czekać
do punktu wyjścia.

Czas na sali przedporodowej ciągnął się w nieskończoność. Leżałam pod KTG i wsłuchiwałam się w tą cudowną melodię. „Puk – puk – puk – puk” tętno maleństwa miarowo uderzało, a ja próbowałam usnąć, choć na moment. Chwilami wydawało mi się, że leżę tam już wieczność. Wszystko szło ślimaczym tempem, rozwarcie też.
Po trzech godzinach miałam już sąsiadkę. Jej skurcze chyba były silniejsze, ponieważ sapała, dyszała
i jęczała a ja dziwiłam się, dlaczego? Przecież ja też mam skurcze, ale tak nie sapię, nie dyszę i nie jęczę jak ona. TO było jeszcze przede mną.
Minęła godzina. Sąsiadką nie mogła już wyleżeć na miejscu, wstawała, kładła się, chodziła po korytarzu nieustannie jęcząc i wołając pielęgniarki, że już nie może, że nie wytrzyma.
Około godziny siódmej, zabrali ja na porodówkę. Dlaczego ją nie mnie? Przecież ja byłam tu pierwsza? I na dodatek nie jęczę tak jak ona. Chcę już urodzić a nie leżeć tu jak kołek i czekać niewiadomo,
na co.
Wtedy sąsiadka zaczęła się drzeć. Już nie jęczała tylko darła się, żeby dali jej jakieś znieczulenie,
bo już nie wytrzyma, nie da rady, że zaraz się wykończy.
O nie, pomyślałam, ja takich scen nie będę urządzała, nie ma mowy, zacisnę zęby i przetrzymam wszystko – tak mi się wtedy wydawało.
Około siódmej trzydzieści usłyszałam jak na świat przyszedł drugi już synek sąsiadki. Łzy popłynęły mi po policzkach, kiedy po raz pierwszy zapłakał – a co to dopiero będzie jak zobaczę i usłyszę swoje własne maleństwo – pomyślałam. Ta myśl dodawała mi sił i uśmierzała przeszywający ból. Nic się
w tej chwili nie liczyło, tylko to żeby maleństwo urodziło się zdrowe.

Mijały godziny. Moje skurcze i rozwarcie wciąż stały w miejscu, a ja powoli dostawałam szału. Skakałam już na piłce, niemal biegałam po korytarzu i nic nie skutkowało, a mnie wydawało się, że już bardziej boleć nie może. Myliłam się. Kiedy kolejny raz okazało się, że skurcze są niewystarczające,
a powinnam zacząć w końcu rodzić, podano mi jakiś lek, nawet nie wiem jaki, mogli mi wtedy wstrzyknąć cokolwiek byleby tylko przestało tak boleć. Pielęgniarka powiedziała mi, że za piętnaście minut powinno mnie wziąć i to porządnie.
Minęło piętnaście minut, pół godziny, godzina, dwie i dalej nic, wciąż za małe skurcze – słyszałam za każdym razem.

Mieliśmy rodzić razem ja i mój Jacek na sali porodów rodzinnych. Namawiałam do tego Jacka całą ciążę. Na początku mówił, że chyba nie da rady, widok krwi go przerażał. Z czasem jednak, kiedy mój brzuch się powiększał i maleństwo coraz bardziej dawało o sobie znać, dojrzał do tej decyzji
i z całego serca chciał mnie wspierać w tej naszej wspólnej drodze, drodze naszego dziecka na świat. Niestety rzeczywistość okazała się inna. Nie pozwoliłam mu być przy mnie. Wygoniłam go z sali.
– ale kochanie, razem będzie lżej – tłumaczył mi.
– daj spokój – stękałam między skurczami – nie chcę żebyś patrzył na mnie w takim stanie,
to okropne, idź stąd proszę – nalegałam.
– dobrze, będę czekał za drzwiami i wspierał Cię kochanie.
Wyszedł.

W końcu nadszedł właściwy moment, upragniona, długo wyczekiwana chwila porodu, a ja nawet nie wiem, kiedy znalazłam się na porodówce. Sama. Bez mojego Jacka. Otoczona pielęgniarkami.
– za jakieś pół godziny powinna pani urodzić – pocieszała mnie jedna z nich.
– dopiero za pół godziny? Nie dam rady tak długo czekać.
– da pani radę, nie jest pani pierwsza, zawsze dajecie radę, mino, iż wydaje się wam, że już nie macie siły – ciągnęła dalej.
No tak, dla niej to codzienność a ja jestem pierworódką – tak to się fachowo nazywa.
Pół godziny. Trzydzieści minut. Skurcze, co trzy minuty. To jakieś dziesięć skurczy i już. Dam radę, pomyślałam.
– już minęło pół godziny – krzyknęłam po trzydziestu minutach – dlaczego nic się nie dzieje?
– zaraz zbadamy, podłączymy KTG.
– o nie, tylko nie to badanie! – byłam już u kresu wytrzymałości – ja już nie wytrzymam, zróbcie mi cesarkę – krzyczałam – zawołajcie lekarza i zróbcie cesarkę, proszę.
– wytrzyma pani, jeszcze z pół godzinki, urodzi pani naturalnie, jest pani silna a dziecko jest ułożone prawidłowo, nie ma potrzeby operować.
– jak to? Ostatnio miało być pół godzinki? Dajcie mi coś, bo zwariuję!
I wariowałam. Krzyczałam z bólu, a tak sobie obiecywałam, że zacisnę żeby i będę dzielna. Jednak nie dałam rady.

Minęła chyba godzina, już nie pamiętam, kiedy wreszcie przyszedł ordynator i coś konkretnego zaczęło się ze mną dziać.
– czy czuje już pani skurcze parte?
– nie wiem, nie mam pojęcia jak czuje się skurcze parte – jęknęłam i w tym samym momencie dowiedziałam się, co to za skurcz, rzeczywiście natura podpowiedziała mi, że już czas.
– chyba nadchodzi ten skurcz – jęknęłam.
– nabrać powietrza i przeć z całych sił – słyszałam z każdej strony.
– przeć, oddychać, nie zamykać oczu, przeć …..

Parłam. Nie wiem skąd wiedziałam jak, bo nigdy przedtem tego nie robiłam. Parłam. Ile razy – nie pamiętam, ale miałam ochotę wyprosić ich wszystkich i powiedzieć, że wiem, co mam robić,
że sama dam sobie radę, że szybciej urodzę bez nich, że nie mam już siły przeć aż tu nagle … odleciałam, wydawało mi się, że słyszę krzyk swojego maleństwa, że wreszcie, że już, że jest ze mną …
– co pani? Proszę przeć, już widać główkę to ostatnie parcie, proszę dać z siebie wszystko – pielęgniarka ocuciła mnie z omdlenia.
W głowie mi szumiało i czułam, ze coś jest nie tak, ponieważ co chwilę podłączali KTG, zrobiło się jakieś zamieszanie. W pewnym momencie lekarz prawie „skoczył” na mój brzuch i w tej chwili poczułam jak coś wyślizguje się z mojego wnętrza.

Nie czułam już bólu, bo po chwili usłyszałam najpiękniejszy krzyk na całym świecie, krzyk mojego synka.
– to chłopiec. Proszę spojrzeć, jakiego dorodnego syna pani urodziła – w tej chwili poczułam jego dotyk i ciepło na swoim ciele, to był najcudowniejszy moment w całym moim życiu. Ten obraz wyrył się w mojej pamięci na zawsze.
– zdrowy jest? – spytałam ze łzami szczęścia w oczach.
– wszystko w porządku, oporządzimy go teraz troszkę, proszę się cieszyć a nie płakać –
i zabrali mi go. A ja czułam już w moich piersiach wzmożoną produkcję pokarmu i szczęście, szczęście, rozpierające mnie szczęście i dumę.

Łożyska nie dałam już rady urodzić, łożysko zostało mi wyłyżeczkowane. Byłam skrajnie wyczerpana, ale szczęśliwa. Gdyby każde cierpienie kończyło się taką nagrodą …

Jak się później okazało, poród był bardzo skomplikowany. Pępowina okręciła się aż dwa razy wokół szyi mojego maleństwa. Był podduszony. Dlaczego lekarz nie zrobił cesarki? Dlaczego ryzykował życiem mojego dziecka? Nie wiem tego do dziś. Całe szczęście wszystko skończyło się dobrze.

„Jakże mocno odczuwa się potęgę cudu, jakim jest człowiek” napisał kiedyś Antoine de Saint Exupery.

Po siedemnastu godzinach ponad wymiarowego wysiłku zostałam nakarmiona i napojona przez męża, nie obeszło się również bez odwiedzin najbliższych, po czym zasnęłam snem spokojnym, snem spełnienia, już jako matka. Matka chłopca, któremu na imię daliśmy Dawid.

Syn /3950/ 57/ Agpar 9,10

3 odpowiedzi na pytanie: Spóźniony prezent

  1. Re: Spóźniony prezent

    Momentami oczy się zaszkliły…ładnie napisane.


    Wioletta i Tomek 20 m-cy

    • Re: Spóźniony prezent

      pięknie napisałaś swoją wzruszającą historię miło się czyta, gratuluję synusia.

      ANIA I ALKA 2,5

      • Re: Spóźniony prezent

        Piekne, aż łzy spłynęły mi po policzkach 🙂
        Nie wiem dlaczego jak czytam opisy porodów jakieś motylki latają mi w brzuchu przypomina mi się jak Mati pojawił sie na świecie i chcę przeżyć to jeszcze raz
        Pozdrawiam Świątecznie

        Ania i

        Znasz odpowiedź na pytanie: Spóźniony prezent

        Dodaj komentarz

        Mozarella w ciąży

        Dzisiaj naszła mnie ochota na mozarellę. I tu mam wątpliwości – czy w ciąży można jeść mozzarellę?? Na opakowaniu nie ma ani słowa na temat pasteryzacji.

        Czytaj dalej →

        Ile kosztuje żłobek?

        Dziewczyny! Ile płacicie miesięcznie za żłobek? Ponoć ma być dofinansowany z gminy, a nam przyszło zapłacić 292 zł bodajże. Nie wiem tylko czy to z rytmiką i innymi. Czy tylko...

        Czytaj dalej →

        Dziewczyny po cc – dreny

        Dziewczyny, czy któraś z Was miała zakładany dren w czasie cesarki? Zazwyczaj dreny zdejmują na drugi dzień i ma on na celu oczyszczenie rany. Proszę dajcie znać, jeśli któraś miała...

        Czytaj dalej →

        Meskie imie miedzynarodowe.

        Kochane mamuśki lub oczekujące. Poszukuję imienia dla chłopca zdecydowanie męskiego. Sama zastanawiam się nad Wiktorem albo Stefanem, ale mój mąż jest jeszcze niezdecydowany. Może coś poradzicie? Dodam, ze musi to...

        Czytaj dalej →

        Wielotorbielowatość nerek

        W 28 tygodniu ciąży zdiagnozowano u mojej córeczki wielotorbielowatość nerek – zespół Pottera II. Mój ginekolog skierował mnie do szpitala. W białostockim szpitalu po usg powiedziano mi, że muszę jechać...

        Czytaj dalej →

        Ruchome kolano

        Zgłaszam się do was z zapytaniem o tytułowe ruchome kolano. Brzmi groźnie i tak też wygląda. dzieciak ma 11 miesięcy i czasami jego kolano wyskakuje z orbity wygląda to troche...

        Czytaj dalej →
        Rodzice.pl - ciąża, poród, dziecko - poradnik dla Rodziców
        Logo
        Enable registration in settings - general