Trochę nadziei – nasze historie, badania i… ciąże po poronieniu.

[Zobacz stronę]

Zaproponowałam temat, więc może zacznę od swojej historii:

Poronienie:

– Data – 8 września 2009
– Etap ciąży – 7+ tydzień (nie udało mi się skonsultować z lekarzem – liczę od ostatniej miesiączki)
– Przyczyna – nieznana (podejrzewam obumarcie jaja płodowego w dość wczesnym stadium ciąży)
– beta HCG – wykryta pozytywnym domowym testem dzień po spóźniającej się miesiączce (i potwierdzona jeszcze 3-4 testami), z badań krwi w dniu poronienia: 47 rano, 38 w nocy;
– Objawy ciąży – straszne zmęczenie w 4-6 tygodniu, i nic poza tym;
– Testy w szpitalu – badania krwi: wszystko w normie, USG – wykluczenie ciąży pozamacicznej, macica pusta;

Zaszłam w ciążę po troszkę więcej niż pół roku starań. Przez parę ostatnich lat byłam na plasterkach hormonalnych, odstawiłam je na początku 2009 roku, ostatnią miesiączkę miałam 24 lipca. To była moja pierwsza ciąża i żyłam sobie w błogiej nieświadomości, że poronienia zdarzają się normalnym dziewczynom (a nie tylko alkoholiczkom i narkomankom). Próbowałam umówić się na wizytę koło 6 tygodnia, ale pielęgniarka pracująca z moją (byłą) lekarką, stwierdziła, że to za wcześnie i pewnie nie jestem nawet w ciąży (chyba myślała, że nasikanie na test to fizyka kwantowa i nie mam odpowiednich kwalifikacji). Miałam przyjść w 10 tygodniu. Teraz myślę, że nie chciało im się w tej klinice “męczyć” właśnie z przypadkami poronień. Do 10 tygodnia wszystko powinno się wyjaśnić, i mogą zająć się tymi “prawdziwymi” ciążami, czyli zgarniać kasę za prowadzenie i przyjęcie dziecka.

Cały 6 tydzień bolał mnie brzuch. Najpierw delikatnie, potem coraz mocniej i mocniej, do takich porządnych bólów okresowych. Na początku 7 tygodnia zaczęłam plamić – kilka brązowych plamek na bieliźnie i wkładkach co kilka godzin. Po 2 dniach wróciłam do przychodni, i znowu pielęgniarka mnie zbyła, że przesadzam (jeśli rzeczywiście jestem w ciąży), że to nic, plamienia są normalne, itd. Potraktowała mnie jak przewrażliwioną panienkę, która przy katarze jedzie na pogotowie i twierdzi, że ma zapalenie płuc. Wybłagałam skierowanie na betę. Test zrobiłam koło 9. O 9.30 zaczęłam krwawić, jak przy okresie. Pojechałam po męża, zabrał mnie do przychodni… i ta sama pielęgniarka oświadczyła mi, że to wszystko normalne, poronienia przecież są częste, mam jechać do domu i “TO” wydalić. Oczywiście, do lekarza mnie nie wpuściła.

Pojechaliśmy do domu, mąż został ze mną. Ponieważ nie wiedziałam, czy to poronienie (bo czytałam, że krwawienie może być z krwiaków, itd) i trzymałam się nadziei, że może jednak wszytko będzie dobrze, nie brałam żadnych proszków przeciwbólowych i starałam się leżeć plackiem. Skurcze i ból brzucha były strasznie bolesne. Po jakichś 8 godzinach pojechaliśmy na ostry dyżur, gdzie spędziłam kolejne kilka godzin na krzesełku w poczekalni. Pobrali mi w międzyczasie z 5 fiolek krwi do badania, sprawdzili dokładnie, czy na pewno mam ubezpieczenie, i kiedy wreszcie wyszła po nas pielęgniarka – poroniłam w drzwiach gabinetu. Uciekłam do łazienki, bo nie wiedziałam do końca co się stało, i bałam się (też ciekawie pracuje mózg w takiej chwili), że zakrwawię całe spodnie… Nie wyszło mi to najlepiej, bo cała krew, a z nią spory kawałek tkanki, który pewnie był moim niedoszłym dzieckiem, wylądował w toalecie. Wtedy straciłam resztki kontroli nad sytuacją i zupełnie nie wiedziałam co ze sobą zrobić – czy mam jakoś wyławiać co mogę, czy po prostu spuścić wodę i mieć to za sobą? Masakra. Oczywiście, ktoś zaczął pukać do drzwi. Myślałam, że to mąż, a tam jakaś obca baba. Na szczęście mąż czekał w korytarzu i zabrał mnie do gabinetu. Pielęgniarka wyłowiła z wody co mogła i pobiegła po lekarza. Dała mi szpitalne wdzianko i położyła w miarę wygodnie na kozetce. Cały ból i stres zniknął. Pozostał smutek i rozczarowanie.

Lekarz przyszedł już po godzinie… wysłał mnie na USG, podał wyniki bety i stwierdził, że to poronienie. USG wykazało, że macica jest czysta. Dowiedziałam się znowu, że to normalne, i mają takich dziewczyn dziesięć dziennie. W drodze do domu (koło 1 w nocy), zatrzymaliśmy się na hamburgery, nawet byłam głodna, psychicznie nie czułam absolutnie nic.

Po poronieniu – fizycznie:

– W 2 dobie po – zastrzyk z immunoglobuliny (ja Rh-, mąż Rh+)
– Badania: fizyczne – 6 dni po, podobno było wszystko ładnie, testy – żadnych, zostały mi wyperswadowane przez nową lekarkę (wg. niej nie było sensu, jeśli nie miałam żadnych infekcji przed poronieniem, ani objawów wskazujących na inne przyczyny),
– Zielone światło na starania – od razu (wg. lekarki, która mnie badała), 3-6 miesięcy (konsultacja z ginekologiem w Polsce),
– Krwawienie – 6 dni (ustało przed badaniem)… + 6 kolejnych dni (wzieliśmy sobie za bardzo do serca to staranie od razu i chyba nie byłam fizycznie gotowa);
– Owulacja – 4 tygodnie po poronieniu (nie sprawdzałam temperatury ani nie robiłam testów – zazwyczaj wiem kiedy owuluję)
– Powrót miesiączki – brak, w ciążę zaszłam w pierwszym cyklu,

Po poronieniu – psychicznie:

Pierwsze kilka dni – fatalnie. Przepłakałam pierwszy dzień, nie wstałam z łóżka. Drugi dołożył mi stresów, bo musiałam wrócić do szpitala i domagać się zastrzyku z immunoglobuliny. Potem zaczęłam czytać wszystko co mogłam znaleźć o poronieniach: statystyki, przyczyny, jakie testy. Pomogło. Szczególnie statystyki poronień – nie miałam pojęcia jak poronienia są częste, i jak wiele dziewczyn przechodzi to co ja. Przestałam myśleć: czemu ja? Co zrobiłam, żeby na to zasłużyć? Itp. Za to stwierdziłam, że tak na wszelki wypadek zrobię wszystkie możliwe testy. Z tym pomogła rozmowa z nową lekarką – potraktowała mnie jak normalną osobę, nie rozczulała się za bardzo, ale była bardzo delikatna. Miałam zacząć starać się od razu, a jak zajdę w ciążę, od razu wrócić na badanie progesteronu (nic innego nie chciała badać).

EDIT:

Nie wiedziałam, czy o tym pisać, bo bardzo wiele z was podchodzi do tego zupełnie inaczej, ale mam potrzebę wyrzucenia tego z siebie. Nie traktuję straty ciąży jako straty dziecka. Łatwiej mi się pogodzić z tą sytuacją kiedy myślę sobie, że jajeczko było puste, albo zarodek miał jakieś straszne wady i nie rozwinął się poza 2 tydzień. Cieszę się też, że to był 7 a nie 12, czy 15 tydzień. To co dało mi dodatkowy dystans do moich przeżyć, i zdecydowanie nauczyło pokory, to historie innych dziewczyn. I nie mówię o stracie dziecka urodzonego, albo stracie zaawansowanej ciąży, bo zgodzę się, że tu nie ma porównania, ale nawet dziewczyny tracące ciąże w tym samym okresie, w którym straciłam swoją… cholernie mi przykro, że ktoś inny też musiał przez to przechodzić.

Plusy poronienia:

Może to głupie, ale chciałam poszukać pozytywnej strony przejścia przez to wszystko. Drugą ciążę traktuję zupełnie inaczej. Znacznie więcej wiem, obserwuję co się da, i mimo, że co dziennie zastanawiam się, czy każdy mały objaw to norma, czy coś złego, chyba bardziej doceniam wszystko co się wokół mnie dzieje. No i wymiotuję z uśmiechem na twarzy, bo to w końcu dobry znak. 😉

Poza tym, wiem, że mogę liczyć na mojego męża w trudnej sytuacji. Wcześniej myślałam, że mogę, teraz wiem na pewno. Poronienie bardzo nas zbliżyło, i wzmocniło nasz związek.

Ciąża po:

Jak już gdzieś pisałam – tą ciążę zawdzięczam dużym ilościom czerwonego wina (i podwójne dawce kwasu foliowego). Polecenie od lekarza brzmiało: stosunek co 3 dni, żeby świeże plemniki miały zawsze szansę dopaść jajeczko. Mąż się śmiał, że czuje się wykorzystywany, ale udało się! Wypatrzyłam kreskę na teście przy becie około 10 (co prawda w pełnym słońcu, i trochę po czasie wskazanym przez test, ale była). Następnego dnia beta z krwi wyszła 33. Progesteron w normie. Lekarka śmiała się, że chyba za bardzo wzięliśmy sobie jej rady do serca. Beta rosła. Po dwóch dobach do 133, po kolejnych 6 dniach do 2400. Lekarz chciał robić USG, ale wykręciłam się i chciałam poczekać do ok 7TC, żeby mieć szansę zobaczyć serduszko. Najdłuższe 1,5 tygodnia w życiu. Ale serce biło.

Najtrudniej było w 6 i 7 tygodniu. Codziennie spodziewałam się plamienia/krwawienia, okresowego bólu brzucha, itd. Kiedy dzwonię do przychodni, po moim “dzień dobry” witają mnie imieniem – bo dzwoniłam z tyloma pytaniami. Najgorszy moment to dość mocny ból brzucha na przełomie 6/7TC – obudził mnie w nocy i nie spałam do rana. Przez telefon uspokajała mnie pielęgniarka nowej lekarki (super babeczka), że to moment szybkiego wzrostu macicy i mam odpoczywać. Przeszło.

Teraz (prawie 12 tygodni) też cały czas mam obawy, że coś może być nie tak. W poniedziałek USG wykrywające wady płodu, i mimo, że nie mogę się doczekać, strasznie się boję. Wszyscy uspokajają, że już jest wszystko dobrze, ale same wiecie. 🙂

Żyję więc sobie z tygodnia na tydzień, i nie oczekuję zbyt wiele, ale jest dobrze. Gdzieś czytałam, że kobiety, które poroniły, nie mówią “moje dziecko”, do momentu kiedy różowe rączki machają wreszcie w powietrzu i małe gardełko wydaje pierwsze dźwięki. Podpiszę się pod tym.

1 odpowiedzi na pytanie: Trochę nadziei – nasze historie, badania i… ciąże po poronieniu.

  1. Nie wiedziałam, czy o tym pisać, bo bardzo wiele z was podchodzi do tego zupełnie inaczej, ale mam potrzebę wyrzucenia tego z siebie. Nie traktuję straty ciąży jako straty dziecka. Łatwiej mi się pogodzić z tą sytuacją kiedy myślę sobie, że jajeczko było puste

    No myślę dokładnie tak samo. Czyli jesteś w ciąży? garulaaacje!!!!

    Znasz odpowiedź na pytanie: Trochę nadziei – nasze historie, badania i… ciąże po poronieniu.

    Dodaj komentarz

    Mozarella w ciąży

    Dzisiaj naszła mnie ochota na mozarellę. I tu mam wątpliwości – czy w ciąży można jeść mozzarellę?? Na opakowaniu nie ma ani słowa na temat pasteryzacji.

    Czytaj dalej →

    Ile kosztuje żłobek?

    Dziewczyny! Ile płacicie miesięcznie za żłobek? Ponoć ma być dofinansowany z gminy, a nam przyszło zapłacić 292 zł bodajże. Nie wiem tylko czy to z rytmiką i innymi. Czy tylko...

    Czytaj dalej →

    Dziewczyny po cc – dreny

    Dziewczyny, czy któraś z Was miała zakładany dren w czasie cesarki? Zazwyczaj dreny zdejmują na drugi dzień i ma on na celu oczyszczenie rany. Proszę dajcie znać, jeśli któraś miała...

    Czytaj dalej →

    Meskie imie miedzynarodowe.

    Kochane mamuśki lub oczekujące. Poszukuję imienia dla chłopca zdecydowanie męskiego. Sama zastanawiam się nad Wiktorem albo Stefanem, ale mój mąż jest jeszcze niezdecydowany. Może coś poradzicie? Dodam, ze musi to...

    Czytaj dalej →

    Wielotorbielowatość nerek

    W 28 tygodniu ciąży zdiagnozowano u mojej córeczki wielotorbielowatość nerek – zespół Pottera II. Mój ginekolog skierował mnie do szpitala. W białostockim szpitalu po usg powiedziano mi, że muszę jechać...

    Czytaj dalej →

    Ruchome kolano

    Zgłaszam się do was z zapytaniem o tytułowe ruchome kolano. Brzmi groźnie i tak też wygląda. dzieciak ma 11 miesięcy i czasami jego kolano wyskakuje z orbity wygląda to troche...

    Czytaj dalej →
    Rodzice.pl - ciąża, poród, dziecko - poradnik dla Rodziców
    Logo
    Enable registration in settings - general