Poród październikówki

Date porodu miałam wyznaczoną na 5-6 pażdziernika 2003r. Tak więc od połowy września kazdy był podekscytowany tym, ze to moze sie zacząc w każdej chwili. Tym bardziej, ze odstawiałam fenoterol… A wiadomo, jak szybko mozna urodzic po odstawieniu tego leku.Oczywiście miałam tez świadomość tego, ze moge urodzic po terminie..bo i to bylo normalne wśród fenoterolówek.I czekalismy tak… Aż minął 5 potem 6,7,8..zaledwie do 15. Teraz piszę zaledwie, ale wtedy czego ja nie robiłam, zeby urodzic wcześniej.Juz przed oczami pojawiła mi sie wizja wywoływania porodu, na szczęscie zaczął się w miarę naturalnie.Dlatego w miarę ponieważ 15 na wizycie u mojej ginki okazało się, ze mam rozwarcie na jeden palec.Wtedy własnie byłam z nią umówiona na wywołanie porodu przez podanie czopka. Podobna rusza z kopyta i rodzi sie po nim w ciągu kilku godzin. Tak mi to objaśniono.Jakież było moje zdziwienie i rozczarowanie, gdy pani doktor powiedziała…, ze to juz nie ma sensu podawac tego czopka, ona mi zrobi masaż szyjki…i na pewno coś się ruszy. Wlazłam więc na fotelik i moja szyjka została wymasowana na skurczu…całkiem przez przypadek, nie polecam nikomu…metoda moze skuteczna, ale cholernie bolesna. Zawyłam sobie solidnie, ale ginka kazała jeszcze troszke wytrzymac..i z rozwarcia na palec zrobilo sie rozwarcie na dwa luźne palce. Po czym padło stwierdzenie, ze własciwie to akcja porodowa sie juz zaczeła i dzisiaj, najpóxniej jutro urodzę. Wyszłam z gabinetu z lekkim niedowierzaniem…jak to dzisiaj lub jutro..przeciez nic się nie dzieje, prawie zero skurczy, moje domowe sposoby przyspieszania tez nic nie dały…i nagle niby coś ma się samo ruszyc? Byłam nawet troche zła, ze sie nie uparłam na ten czopek.Ale z drugiej strony poczułam strach, ze to moga nie być przelewki. Tak więc wylądowaliśmy w domu.I nic..kompletnie, no moze poza tym, ze pojawiło się sporo krwi na wkładce.I jakby były jakies tam skurcze… Ale..to na pewno nie te, pomyślałam sobie. Postanowiłam sobie troche pomóc i zaaplikowałam sobie łyżkę oleju rycynowego, ja wiem, ze to niektórym wyda się śmieszne, nawet w to nie wierzyłam, ze cos moze pomóc.jednak czułam, ze skurcze są coraz częstsze, az zaczęłam je w końcu liczyć. No i są..prawie co 5 minut, ale po godzinie nagle co 6, 8 minut. Zapada decyzja..bierzemy torbe i jedziemy do szpitala Morskiego w Gdyni-Redłowie.W izbie przyjęć spokój, pilęgniarka jakby z wyrzutem pyta się o co chodzi… No..chyba rodzę. Po kilkunastu minutach przychodzi lekarz, a wcześniej zostaje przypięta do KTG. Skurcze słabe, tętno prawidłowe.lekarz zaprasza na badanie…heh..z tym zaproszeniem..to był żart.Lokuje się na fotelu i wszytko byłoby fajnie gdyby nie ten wziernik…coś strasznego…myślałam juz ze jest zrobiony z papieru ściernego i to pytanie lekarza..:czy zawsze tak trudno się pania bada?Ulge przyniosła dopiero sól fizjologiczna. Potwerdzenie diagnozy mojej ginki…rozwarcie na dwa palce.I wypełnianie kwitków.Kwalifikuje się do porodu…bardzo zabawne. Pan doktor oznajmia mi zebym sie przebrała, ale gdzie..to juz mi nie powiedział..więc lece za nim i pytam sie..gdzie moge to zrobic.W końcu znalazło sie miejsce i tam tez ubrałam swoją ulubioną czerwoną koszulkę.Juz jestem gotowa, juz mam iść..razem z męzem za polozną na oddział… Az nagle pada pytanie..czy państwo mają kwalifikacje do porodu rodzinnego?Hmm…i tutaj zapada cisza…bo o czyms takim w zyciu nie słyszałam.Dowiadujemy się, ze bez tego…porod rodzinny wykluczony, tylko jesli sie zgodzi lekarz przyjmujący..po badaniu.Idziemy więc na oddział, mąz zostaje na korytarzu a ja ide z lekarzem na USG.Atmosfera nawet całkiem znośna, lekarz nawet dowcipkuje, i podważa płec mojego maleństwa. Potem dodał..ze niedługo bedziemy pewni na 100% ;-).Jest zgoda na porod razm z męzem, cieszymy się..szczególnie ja i idziemy do sali niebieskiej. Nie powiem..kultura, miła położna..bardzo miła..mówi co i jak, pomaga ogólnie jest super.W pokoju wanna, piłka i worek. Ale nie próbowałam akrobacji na piłce..poniewaz wydawało mi się..ze jest albo ciut za mała.dla mnie, albo zeszło z niej powietrze no i sobie darowałam. Zreszta.. Nawet mi się nie chciało skakac. Skurcze jakies mam, ale cos mi sie wydaje, ze sie zaraz rozejdą…i tak tez się stało. Maz oglądał sobie telewizję…ja chodziłam po pokoju w kółko i robiłam co chwile przysiady, zeby te cholerne skurcze nie minęły.Za chwile przychodzi ta miła połozna, prosi męza zeby wyszedł i robimy badanko.Aplikuje mi dwa czopki i mowi, ze jesli skurcze będa…to rozwarcie powinno postępowac. Cieszę się niezmiernie, ze mi pomaga.. Nawet nie wiem, czy robia to rutynowo, czy moze z zalecenia lekarza zeby wszystko poszło szybciej.Za pół godziny zjawia sie lekarz, badanko i stwierdza, ze cos marne te skurcze, a rozwarcie nie postępuje, a tak w ogóle..to nie wyglądam na rodzącą…he he… Na co ja odpalam, ze nigdy jeszcze nie rodziłam, więc nie wiem jak to jest? Dostajemy jeszcze troche czasu…mija druga godzina i klamka zapada. Mąż ma jechac do domu się przespac, a pani na potologię odpocząc, jak ma się coś ruszyc…to się ruszy. Tak więc wylądowalam na patologi…pominę przyjęcie na oddzial..wypełnianie nowych papierków…przez mało przyjemną pielegniarkę.Dala mi do zrozumienia, ze mogłam sobie wybrac inną porę rodzenia…;-). No nic..w końcu zaścieliła mi z wielką łaską łóże…i dołączyłam do towarzyszek niedoli na sali. Postanowilam, ze się położe…moze uda mi sie zasnąc..w co nie wierzyłam. Moje łózko jest najmniej slrzypiące…co napawa mnie radością.. Ale nie na długo.Za chile, gdy tylko kolezanki zapadły z głębszy sen..zaczął sie koszmar..otóz dwie z nich chrapały. No i wtedy cos we mnie strzeliło…złośc, smutek i żal…ze dałam sie wpakowac na patologie, ze na pewno nie urodze tak szybko i w ogóle jak tu jest okropnie…ogólnie mówiąc rozpacz. Nie patrzę na zegarek.. Ale wiem ze czas mija strasznie wolno..i cos mi kaze wstac i iśc do toalety.Dziewczyny..spędziłam tam z przerwami…około trzech godzin.;-). Pomyslałam ze to wina czopków, które zaaplikowała mi połozna jeszce na porodówce. Jak tylko wstałam i wróciłam do sali od razu chciało mi sie znowu isc na kibelek…łaziłam więc tak w kółko.A skurcze…były juz coraz bardziej bolesne…i najlepsza pozycja dla mnie była wwłasnie w toalecie..czyli siedzenie okrakiem ;). Tak doczekałam pobudki..czyli nadąsanej pielęgniarki, ktora wparowałado sali z termometrami i KTG, popędzajac przy tym dziewczyny, zeby szybciej sie rozbierały do tego KTG. Pomyślałam..ze niezła z niej siekiera..i pewnie nie ma dzieci, a moze i stara panna.kazda z nas przechodziła 20 minutowe tortury pod tym KTG..szczególnie ja…bo lezenie to była najmniej wymarzona pozycja przy takich skurczach. Zobaczyłam w końcu jaka mają siłę…dochodziły do 130…podobno to duzo ;-).jak tylko pielęgniarka wyszła zaczęły sie rozmowy..kto,, dlaczego tu trafił..i tak ogólnie fajnie się gadało..gdyby nie te pauzy, które musiałam robic w trakcie skurczu.Wtedy juz zaczęłam wieszac się na szafce szpitalnej ;)…jakos mi to pomagało. No i nadeszła..upragniona 7:00 i zmiana personelu.Wpada za chwile inna juz piguła i zaprasza mnie na badanie.A…w nocy brałam jeszce dwa razy prysznic…troche rozluxnia miesnie.Uradowana, ze o mnie zupełnie nie zapomnieli…ide do sali obok…tam czeka juz lekarz…i okropny fotel, na który każe mi sie położyc. Podchodze…i nagle zamieram..mega skurcz…mysle sobie, ze nie wejde na ten fotel teraz za zadne skarby… A lekarz do mnie..:no prosze, prosze.. Niech pani wchodzi.. A ja mu na to: chwileczke na skurczu raczej trudno to zrobic…więc się zamknął. pielegniarka pomogła mi na szczescie wdrapac sie na fotel. Badanko nie zrobiło juz na mnie zadnego wrazenia.A za chwile zdumienie lekarza:noo…pani szybciutko na porodówke, bo zaraz nam tu na łózku urodzi!Wpadam na swoja sale…zabieram w tym amoku swoją torbę.. Niestety zostawiam swój kubek, w którym miałam juz poranną kawę…i jestem eskortowana na porodówke. Wchodze na salę porodów rodzinnych..tam wita mnie juz nowa położna i kaze sie kłaśc..zaraz przyjdzie lekarz. Pytają się gdzie mąz.. A mowie ze w domu ;-)..wiec każa mi po niego dzwonic… Ale jest mały problem.. Nie mam komórki…jedynie kartę telefoniczna. Błagam więc zeby mnie wypuscili do budki telefonicznej, która stoi na korytarzu..po wielu prośbach w koncu wychodze. No i jak pech chciał…stoi przy budce pielgniarka i rozmawia sobie w najlepsze z jakąs koleżanką. Nadmieniam, nie byla to rozmowa o ważnych rzeczach… Ale ja grzeczna dziewczynka..przeciez tylko zaraz mam rodzic, czekam w kolejce…i modlę sie zeby mi wody nie odeszły. Za chwile wybiega moja połozna…i krzyczy do tamtej..ze ja rodze i ze mam mnie wpuścic..coś takiego..;-)…od razu zrobiło mi się weselej. Dzwonie do męza i mówię, ze jesli nie przyjedzie w ciagu 10 minut to ominie go poród…hehe niexle go nastraszyłam. Był po pół godzinie.Ja juz leże na łóżku..jakaz druga połozna się krząta..podkładają mi pod tyłek jakies folie, przescieradła.. Na wszystko sie juz godze…tylko zeby sie juz zaczęło. Przychodzi pan doktor..z niezłym szpikulcem…i przebija mi pęchcerz płodowy…dodatkowo dzgajac mnie po udzie..tym urządzonkiem..stwierdziłam ze to cholerstwo jest niexle ostre. Czuje jak wypływa ze mnie coś ciepłego…i lekarz pyta sie mnie czy chce jakies znieczulenie…bo teraz to juz naprawde zacznie bolec..hehe…mysle sobie, a co ty mozesz o tym wiedziec.Odpalam mu, ze własciwie to nie wiem…chyba zdumiała go ta odpowiedz.Zaczyna się akcja, bóle parte.juz mam ochote przec… Ale połozna zabrania..poniewaz szyjka jeszce nie pusciła z jednej strony. Oznajmia mi ze jeszce ze 3 skurcze..i powinno puscic…o boże..3 skurcze?Chyba oszalała..ja juz mam wrazenie, ze dziecko wychodzi, a ona kaze czekac.WIec zaczynam się wić przy każdym skurczu..i nic nie pomaga..mąz patrzy bezradnie.. A ja zaczynam juz jeczec. Sama nie wiedziałam, ze bede z siebie takie dzwieki wydawac.. Ale wtedy było mi wszystko jedno.W końcu mam pozwolenie na parcie,wczesniej ustalilismy ze jednak dostane jakies znieczulenie..był to jakis zastrzyk.. Nawet nie wiem z czego?I chyba przez to moje parte sie osłabiły..KTG w ogóle nic nie pokazywało..oprócz tetna dziecka..to na szczescie było ok. No i niestety..meczyłam się tak z tym wypieraniem mojego dziecka przez jakies 10, 15 skurczy..juz ich nawet nie liczyłam, ale ta faza trwała około godziny.Widziałam główkę, która sie odbijała w lampie…to mnie chyba motywowało do dalszego wysiłku. Byłam cała zlana potem, nogi mi się trzęsły i myslałam sobie, ze nie dam rady go wypchnac… Na szczescie przyszedł drugi lekarz i kładąc się na mój brzuch kazał mi przec. A…kazali mi jescze trzymac własne nogi za kolana, ale to wydwało mi sie wtedy bardzo trudne i tu przydał sie mąż.I tak na przemian krzyczą na mnie położna i lekarz :pani Mariolu teraz prosze sie postaraC, na jednym skurczu pozwolili mi przec 3 razy…gdzie za kazdym razem trzeba brać oddech.. A niestety trudno to zrobic, kiedy na brzuchu kładzie sie lekarz.W rezultacie przyduszana za kazdym razem próbowałam przec ile wlezie… Nawet sobie pare razy krzyknęłam…panu doktorowi oberwalo sie po uszach ;-).I Gdyby nie te nożyczki na końcu..to chyba bym sie poddała, niestety tutaj tez dali plamę…połozna nacięła mnie na końcu skurczu..i niestety poczułam to, bardzo nieprzyjemne. W końcu udaje mi sie wypchnąc główke…jestem juz oszołomiona…mam wrazenie, jakbym była po kilku drinkach…i przy następnym parciu wypycham resztę ciałka, ale kto powiedział ze to nie boli?… Tą resztę czułam tak samo jak główkę.Okazało sie, ze synek się rodził z rączką przy głowie..stąd te meczarnie. Połozyli mi go na brzuchu..takiego ciepłego i mokrego, ale mały jest cicho i wyglada jakby nie oddychał. Strach w oczach..głównie mojego męza..bo ja niewiele juz widziałam, zabrali go na chilke…odessali płyn z buzi..i wydał z siebie pierwszy głos..płacz ;-).pozwolili mi go połozyc na piersi.. Na momencik i zabrali do badania. W tym czasie zszywał mnie sympatyczny, młody lekarz..ten sam, który wypychał mi małego z brzucha ;-). Pogadaliśmy sobie, ogólnie miła i luźna atmosfera. Po Jakichś 20 minutach przychodzi mąz z dzieckiem..i tak zostajemy na sali dwie godziny, z małym przyklejonym do mojej piersi…bałam się, ze nie pokocham od razu dziecka, ale to był bezpodstawny lęk…ta miłośc urodziła sie juz duzo wcześniej… A w tamtej chwili mogłam ją poprostu okazać.I czułam sie najszcześliwszą kobieta na świecie.

Wam też tego życze..przyszłe mamusie 😉

Dla podsumowania…przyjechałam do szpitala o 22:30, od 23:30 do 2:00 byłam na porodówce. reszta nocy przechodzona…o 7:30 jestem na porodówce.. A o 10:20 mamy juz Atosia:0

Mola i Antoś

10 odpowiedzi na pytanie: Poród październikówki

magonil Dodane ponad rok temu,

Re: Poród październikówki

Mariolu, śliczny opis.
Pozdrawiam Was serdecznie 🙂

Małgosia i Weronika – 29.10.03

aanna Dodane ponad rok temu,

Re: Poród październikówki

Poród opisany świetnie. Wywołał we mnie sporo emocji. Cieszy mnie fakt że doczekłam się opisu Twojego porodu zanim jeszcze urodzę swojego synusia.
Buziaczki dla Antosia od internetowej ciotki

miau Dodane ponad rok temu,

Re: Poród październikówki

dziękuję w swoim i innych forumowiczek imieniu- opis bardzo bardzo dokałdny, to lepsze niz fachowa literaturka!!!
Pozdrowionka dla całej rodzinki!!!
Ps- a co z płcią dziecka- od poczatku miał być Antoś??

Anita – 22 lutego? 21 marca? + córeczka

Dodane ponad rok temu,

Re: Poród październikówki

dziekuje za pozdrowienia…o płci wiedzielismy od 18 tygodnia ciązy..i jeszce potem dwa razy bylo potwierdzenie ze to chłopiec, ale w dniu porodu lekarz, który mnie badał stwierdził, ze w brzuchu jest bardzo ciasno…i ze moze sie mylic co do tej dziewczynki. No i sie pomylił ;-).

pozdrawiam

Dodane ponad rok temu,

Re: Poród październikówki

dzieki za pozdrowienia…co tam u Was…wychodzicie często na spacerki?My jesteśmy zakochani w synku..z dnia na dzien robi sie bardziej kontaktowy..zaczął juz gruchac ;-)…i od czasu do czasu obdarzy nas uśmiechem.Jedyny problem..to jego alergia..przynajmniej tak twierdzi pediatra.

Mariola i rodzinka

magonil Dodane ponad rok temu,

Re: Poród październikówki

Na spacerki wychodzimy codziennie, tak na ok. godzinkę, a w soboty i niedziele spacerujemy razem z tatusiem. Jutro idziemy na szczepienie, zobaczymy, ile mała przybrała, a był z tym kłopot już podczas pobytu w szpitalu. Jest coraz fajniejsza, a jej uśmiechy odganiają wszystkie nasze złe humory.
całą Waszą Rodzinkę 🙂

Małgosia z Weroniką (29.10.2003)

ciku Dodane ponad rok temu,

Re: Poród październikówki

Bardzo mi sie podoba ten opis:)) Jestes dzielna mamusia:)

iwi27 Dodane ponad rok temu,

Re: Poród paz´dziernikówki

fajny opis! podoba mi sie, jest tak lekko napisany, tak jakos na luzie:)
i pozytywny! ja tez jestem wlasnie na etapie opisywania swojego…
i powiem juz teraz, ze nie pedzie to opis pozytywny ani na luzie hihi


iwi27 i Natalka (06.11.2003)

Dodane ponad rok temu,

Re: Poród paz´dziernikówki

Z chęcią przeczytam ;-).Lekko się tylko pisało ;-)…

Pozdrawiam

Mola i AntoS(16.10.03)

leszczynka Dodane ponad rok temu,

Re: Poród październikówki

gratuluje mariola

LESZCZYNKA I EMILKA (23.09.03)

Znasz odpowiedź na pytanie: Poród październikówki

Dodaj komentarz

Dla starających się
Sylwestrowe fasolki:)
Dziewczyny, Zdąrzyłam się zorientować, że wielu z Was tak jak mi kolejna ovu przypadnie w Sylwestra lub w jego okolicach. Musze się wam przyznać, że ja z tego powodu nawet z
Czytaj dalej
Noworodek, niemowlę
apel twojego dziecka
APEL TWOJEGO DZIECKA Nie psuj mnie, dając mi wszystko, czego zapragnę. Przecież niektórymi prośbami wystawiam Cię jedynie na próbę. Nie obawiaj się czasem wobec mnie postępować twardo i zdecydowanie. Tego potrzebuję, bo
Czytaj dalej