Nie taki poród straszny jak go opisują czyli sielanka ze szpitala na Solcu.

Mojego wyczekiwanego syna miałam urodzić na początku grudnia – dokładnie 9. Jednak wszystkie kobiety w mojej rodzinie, zawsze rodziły kilkanaście dni przed terminem więc byłam pewna, że grudzień powitam już w towarzystwie synka. Tymczasem minął 9 grudnia, 10 grudnia, 11 grudnia, potem skręciłam nogę wracając z ktg, aż przyszedł 19 grudnia i chcąc nie chcąc musiałam udać się do szpitala. Zdecydowałam się na zwykły miejski szpital na Solcu bo mój lekarz tam pracował, bo mój teść tam leżał i był zachwycony opieką, bo mieszkam tuż obok, bo mają wyremontowaną porodówkę, bo… nie wiem dlaczego. Straszliwie nie chciałam iść do szpitala. W sobotę -19 grudnia – robiłam wszystko żeby tylko opóźnić moment wyjścia z domu, ale w końcu wymówki się skończyły i znalazłam się na izbie przyjęć. Chciało mi się płakać. Nigdy wcześniej nie byłam w szpitalu, zaczęłam bać się porodu. Pierwsze miłe zaskoczenie to bardzo sympatycznie uśmiechnięta pani w rejestracji, potem badanie przez lekarza przyjmującego i idziemy na oddział. Idziemy dość zniszczonymi korytarzami (bardzo delikatnie mówiąc) by w końcu dotrzeć na trzecie piętro gdzie moim oczom ukazał się inny świat. Czyściutko, ciepłe kolory ścian, ciepło, jakoś tak radośnie. Od razu poczułam się lepiej. Zakwaterowano mnie w sali trzyosobowej. I znowu oczy mi się otworzyły ze zdumienia nowoczesne łóżka, w sali łazienka (czysta, nowa) telewizor. Na sali leżały już dwie dziewczyny, jedna miała już lekkie skurcze, druga była w siódmym miesiącu ciąży. Porozmawiałyśmy, pośmiałyśmy się, potem lekarz jeszcze raz mnie zbadał, zrobił mi usg i zakomunikował, że z wywoływaniem czekamy do środy. Poprosiłam więc męża o transport książek i jedzenia bo przecież do środy będę kwitnąć. Sobota minęła, przyszła niedziela. Poczytałam trochę, pośmiałyśmy się z dziewczynami, wieczorem wpadł mąż z dostawą kabanosów – apetyt mi dopisywał – posiedział trochę i wyszedł koło 20. Położyłam się, ale trochę źle się czułam, bolał mnie żołądek, co, jak sądziłam, było spowodowane ilością pochłoniętego przeze mnie żarcia. Żołądek jednak mi nie odpuszczał. W końcu o 22 poprosiłam pielęgniarkę o jakiś środek. Ta popatrzyła na mnie z uśmiechem i powiedziała, że pewnie się zaczyna…. Byłam pewna, że się myli. W końcu wiem chyba, jak boli żołądek. Zbadała mnie, zero rozwarcia, ale środka na żołądek nadal nie chciała dać. Powiedziała, że zobaczymy za pół godziny i mam mierzyć skurcze. Jakie skurcze, do cholery! – pomyślałam – Ja, nie mam żadnych skurczy! Wróciłam na salę. Bolało coraz bardziej. Koleżanka zaczęła komórką mierzyć częstotliwość i długość skurczy. Po upływie pół godziny były już co dwie minuty. Bolało, ale nie tak straszliwie jak sobie wyobrażałam, że będzie bolało na podstawie opisów, więc byłam bardzo zaskoczona kiedy po kolejnym badaniu położna stwierdziła rozwarcie na 5 cm i kazała mi się zbierać na porodówkę. Trudno mi się było zbierać bo czas spędzałam w przygięciu oczekując na koniec skurczu więc tylko zadzwoniłam do męża, żeby przyjechał i poszłam na porodówkę. I tutaj wydarzenia nabierają tempa. Skurcze są już właściwie co chwila, na sali porodowej jest ze mną urocza położna Marianna, potem przychodzi jeszcze druga położna, mam podłączone ktg ale mogę stać, skurcze, skurcze, skurcze? mam wrażenie, że to trwa wieczność. Pytam o znieczulenie – lekarz twierdzi, że nie ma sensu go podawać, bo poród postępuje bardzo szybko. Nie mam siły się kłócić. W pewnym momencie plusk – odchodzą mi wody. Kurcze, nie wiedziałam, że to będzie aż tyle. Czuję się okropnie głupio stojąc pośrodku kałuży, przywiązana kablem od ktg… Kolejne badanie, rozwarcie 9,5 cm, kolejne dwa skurcze i parcie… spojrzałam na zegar na ścianie 24.00. Super, pomyślałam. Druga faza porodu czyli za 20 min no max 40 będzie po sprawie. Spięłam się w sobie i zaczęłam przeć. Ale parcie mi nie szło. Położne dawały wskazówki. W końcu pozwoliły mi wstać. Nadal nie było postępu. Przyjechał mąż. Byłam wykończona. Nie chciałam żeby mnie widział w takim stanie. Poprosiłam żeby nie wchodził głębiej więc usiadł na krzesełku przy drzwiach i co jakiś czas krzyczał do mnie, że będzie dobrze, że dam radę. Tymczasem parcie nie przynosiło efektu. Czas płynął. Traciłam siły. Gdyby nie pokrzykiwania męża poddałabym się. Czułam się bezsilna. Robiłam wszystko co w mojej mocy, ale nie mogłam go wypchnąć. Przyszedł lekarz. Znowu prę. Znowu nic. Umieram ze zmęczenia. Umieram z bezsilności. Umieram z bólu. Nagle zrobiło się lekkie zamieszanie, lekarz popatrzył na mnie i powiedział, że będę jednak miała to znieczulenie bo robimy cesarkę, żeby dziecko się nie poddusiło. Wszystko trwało chwilkę. Od razu zaczęto mnie przewozić na salę operacyjną, po drodze podpisałam zgodę na zabieg. Nie bałam się. Nie czułam się zagrożona. Wszyscy zachowywali się bardzo spokojnie. Na sali operacyjnej Pani Anestozjolog – nie wiedziałam, że anioły są brunetkami – dowcipkowała ze mną. Znieczuliła mnie zewnątrzoponowo i rozpoczęła się operacja. Od momentu kiedy zaczęło działać znieczulenie wszystko wydawało mi się jakimś snem. Czułam się jakbym grała w filmie, jakbym była tak naprawdę gdzieś bardzo daleko. I nagle zobaczyłam jak wyjmują dziecko. MOJE DZIECKO. Widziałam jak lekarz podał je pielęgniarce, a ona z nim odeszła. Usłyszałam płacz. Nie mogłam się ruszyć. Nie mogłam go zobaczyć. Po chwili położyli przy mojej twarzy jego twarz, taką maleńką pomarszczoną twarz staruszka. Spojrzał na mnie i zaczęła się miłość, której nie da się opisać. 21 grudnia o 1.20 to co wcześniej tylko przeczuwałam stało się faktem – moje życie zmieniło się… na niewyobrażalnie lepsze;)

Podsumowując, poród wspominam bardzo dobrze. Cieszę się, że zdecydowałam się na Solec. Opieka zarówno na patologii, w czasie porodu jak i po narodzinach była bardzo dobra. Nie zapłaciłam ani złotówki za poród rodzinny w jednoosobowej sali, cały czas była ze mną położna z dyżuru, a po narodzinach spotkałam się z dużą życzliwością pielęgniarek i położnych, które -jeśli się o to poprosiło – chętnie pokazywały jak pielęgnować synka, jak przystawiać do piersi itd. itp. Doktor Remigiusz Rak, który nie zwlekał z decyzją o cięciu, dzięki czemu dziecko uzyskało 10 punktów już w drugiej minucie ma moją dozgonną wdzięczność.

1 odpowiedzi na pytanie: Nie taki poród straszny jak go opisują czyli sielanka ze szpitala na Solcu.

  1. Gdyby nie ta ostania faza, to można by powiedzieć, że tylko Ci dzieci rodzić:)

    Gratulacje

    Znasz odpowiedź na pytanie: Nie taki poród straszny jak go opisują czyli sielanka ze szpitala na Solcu.

    Dodaj komentarz

    Mozarella w ciąży

    Dzisiaj naszła mnie ochota na mozarellę. I tu mam wątpliwości – czy w ciąży można jeść mozzarellę?? Na opakowaniu nie ma ani słowa na temat pasteryzacji.

    Czytaj dalej →

    Ile kosztuje żłobek?

    Dziewczyny! Ile płacicie miesięcznie za żłobek? Ponoć ma być dofinansowany z gminy, a nam przyszło zapłacić 292 zł bodajże. Nie wiem tylko czy to z rytmiką i innymi. Czy tylko...

    Czytaj dalej →

    Dziewczyny po cc – dreny

    Dziewczyny, czy któraś z Was miała zakładany dren w czasie cesarki? Zazwyczaj dreny zdejmują na drugi dzień i ma on na celu oczyszczenie rany. Proszę dajcie znać, jeśli któraś miała...

    Czytaj dalej →

    Meskie imie miedzynarodowe.

    Kochane mamuśki lub oczekujące. Poszukuję imienia dla chłopca zdecydowanie męskiego. Sama zastanawiam się nad Wiktorem albo Stefanem, ale mój mąż jest jeszcze niezdecydowany. Może coś poradzicie? Dodam, ze musi to...

    Czytaj dalej →

    Wielotorbielowatość nerek

    W 28 tygodniu ciąży zdiagnozowano u mojej córeczki wielotorbielowatość nerek – zespół Pottera II. Mój ginekolog skierował mnie do szpitala. W białostockim szpitalu po usg powiedziano mi, że muszę jechać...

    Czytaj dalej →

    Ruchome kolano

    Zgłaszam się do was z zapytaniem o tytułowe ruchome kolano. Brzmi groźnie i tak też wygląda. dzieciak ma 11 miesięcy i czasami jego kolano wyskakuje z orbity wygląda to troche...

    Czytaj dalej →
    Rodzice.pl - ciąża, poród, dziecko - poradnik dla Rodziców
    Logo
    Enable registration in settings - general