O TYM JAK MAŁY CESARZ PRZYSZEDŁ NA ŚWIAT

pierwsza połowa października 2004…
termin porodu wg usg minął 6 października, a od 24 września jestem prawie codziennym gościem w szpitalu CZMP u mojego prowadzącego w celu ewentualnego wywołania porodu (uparłam się, że on, a nie żaden inny lekarz ma odebrać mój poród). Niestety szyjka macicy nieubłagalnie była sztywna a rozwarcia nawet centymetrowego widać nie było.
- no ja mogę zrobić cesarkę i za 15 minut będziesz tuliła swoje dzieciątko, ale po co? Dajmy mu jeszcze czas – słyszałam od gina – Wyjeżdżam na urlop, ale mój duch będzie tu krążył i jak tylko ktoś nie będzie chciał ci czegoś podać, zrobić, postrasz go mną, a ja gwarantuję, że taka osoba krótko tu popracuje – wspierał mnie. – jak nie urodzisz do 6, to przyjdź do szpitala na obserwację. – nakazał
I tak czekałam sobie, czekałam, czekałam. Toczyłam się jak słoń, foka albo wieloryb. Z wagą 106 kg nie byłam w stanie nawet sama wysiąść z samochodu. Miałam już dość. 10 października mój tata obchodziłby urodziny i bardzo chciałam urodzić właśnie tego dnia. Pojechaliśmy na imieniny do cioci. Postanowiłam napchać się jedzeniem, by dostać skurczy. P. nie pił alkoholu w razie gdyby miał mnie wieźć na porodówkę. Ja w nadziei na skurcze opychałam się ciężkostrawnym bigosem i smażonymi pieczarkami… Noc przespałam, a właściwie przeleżałam z bólem żołądka z przejedzenia.
13 października 2004…
od 2 dni ciekło mi coś po nogach, jakiś dziwny śluz. Ale nie panikowałam, bo wody miały przecież chlusnąć, a to tylko sobie czasem pociekło… Dzidziol coś był dzisiaj nie w humorze. Nie ruszał sie, nie kopał, nei miał nawet czkawki. Przestraszona pobiegłam do kuchni po czekoladę – zawsze pop niej dawał mi kopniaka w podziękowaniu, że mu smakowało, a tym razem nic – cisza. Czekam. Zjadłam całą tabliczkę i nic. Ugniatam i uciskam brzuch z coraz to większą determinacją. Nic. NIe oddaje. Nie kopie. O Boże! Nie czuję ruchów! Było już ok godziny 13.
-jadę do szpitala. dzidziol się nie rusza! – krzyczę na cały dom i biegnę pod prysznic.
Szybki prysznic, makijaż, ledwo zakąłdam majtki, a nagle P. staje w drzwiach łazienki
- może już dawno nie żyje! Mówił ci lekarz, że masz jechać do szpitala 6-go! – mówi zimnym acz podniosłym tonem.
Nie wytrzymuję zaczynam ryczeć, P. dostaje w twarz – po raz pierwszy w życiu.
- spierdalaj! Jadę sama. Dzidziol żyje! – krzyczę przez łzy
Biegnę do mamy po pocieszenie. Ubieram się szybciej niż kiedykolwiek mi się zdarzyło. Biegnę wręcz do samochodu. P. za mną z torbami. Spotykamy sąsiadkę. P. krzyczy, że jedziemy rodzić. Sąsiadka gratuluje, trzyma kciuki, życzy powodzenia. Docieramy do CZMP. Izba Przyjęć zamknięta. Dzwonię dzwonkiem. Nikogo nemea. Jest! Podchodzi obrażona pani – chyba wyrwałam ją z papierosa. Potem widzę wszystko tylko przez łzy. Protokół przyjęcia, badanei lekarza (myślałam, że urodzę w takcie), sexówka (koszula porodowa) i droga na porodówkę. Na sali przedporodowej jest nas w sumie 5. I tylko ja jedna po terminie. Robią mi KTG. P. czeka pod salą. Poruszył się! Dzidziol się rusza. Lekarz mówi, że spał sobie i musiał obudzić go badaniem. Jestem sczęśliwa. Dzwoni teściowa. Nie chce bym dziś urodziła, bo to 13-sty. A ja chcę. Ja sę urodziłam 13-go! Mam w dupie przesądy! Chcę dźwigać dzidziola na rękach a nie w brzuchu! P. czeka. Już wie, że dzisiaj nic z tego…
CDN…

Dawcio 15.10.04

13 odpowiedzi na pytanie: O TYM JAK MAŁY CESARZ PRZYSZEDŁ NA ŚWIAT

  1. Re: O TYM JAK MAŁY CESARZ PRZYSZEDŁ NA ŚWIAT

    Czekam na c.d.

    I juz doczekac sie nie moge.

    Nikola 14m.

    • CD

      Dziewczyny na sali na szczęście są fajne. Nie tak, jak w sierpniu, gdy z podejrzeneim cukrzycy ciążowej leżałam na sali z największą pesymistką świata, a jej słowa: “nie zgadzaj się na cesarkę, bo ci dziecko umrze” zapamiętam chyba do końca życia… Oprócz tego, że była beznadziejną pesymistką, to w dodatku się nie myła. Widok jej brudnych zostawionych na łóżku majtek i pytanie skierowane do mojego P. “czemu nie przyniosłeś mi piwa” przyprawiały mnie o mdłości i napawały obrzydzeniem.
      Tu na szczęście było inaczej. Wszystkie roześmiane, szzśliwe choć zmęczone wielkiki brzuchami i ta jedna… biedna, wystraszona dziewczyna w 30 tyg ciąży… Jej łóżko stało obok mojego. Próbowałam ją pocieszyć, że to nie jej kolej, ze teraz to ja będę pierwsza. Urodziła następnego dnia rano. Córeczkę. Maleńką, bo ważącą niespełna 1 kg. W sumie taki mały prezent na dzień nauczyciela, bo sama była nauczycielką.
      Do wieczora dnai 13 października znałyśmy się z dziewczynami jak łyse konie. W nocy położna wybudzała nas, przytykając do brzucha taką śmieszną trąbkę. Śmiałysmy się wtedy chyba z godzinę. Czułam się jak na koloniach…
      14 października 2004…
      – wstawać gwiazdy! Wstawać! Obchód zaraz będzie! Przebierać się w czyste koszule i łóżka ścielić! – mała, aczkolwiek z wyglądu wredna położna stoi w drzwiach krzycząc. Boże! Jest dopiero 6 rano! Obchód jest o 9! Zdążymy. To nie kolonie – to obóz karny.
      Olewamy ją i śpimy dalej. Taki bunt ciężarnych. W drzwiach staje przystojny lekarz, na którego widok robi nam się ciepło na duchu. Owa mała-wredna znów przychodzi, krzycząc to samo co chwilę wcześniej. Wywołuje tym salwy śmiechu u lekarza, który krótko stwierdza, że nie chciałby tu leżeć, a następnie podaje nam “rodzinne” metody przyśpieszenia porodu. Jakby myślał, że nie próbowałam! Zmuszałam tego mojego biednego P., sądząc, że nasze “małe co nieco” przywoła Dawidka na ten świat. Więc jeśli chodzi o mnie, to sposób “rodzinny” nie działa. Przychodzi pani od koszul. Przy rozmiarze 6xl dostaję sexówkę wielkości s w dodatku z rozpierdzielonym dekoldem do pępka. Sama sexówka ledwo na mnei włazi nie zasłaniając mi nawet pisi. Płaczę i śmieję się z bezsilności. Dziewczyny dostają skurczy ze śmiechu. Byle do obchodu i założę swoją różową, bawełnianą koszulkę. Wpada mała, milutka stażystka i zaczyna się nade mną litować. Prosi bym poszła do łazienki, a koszulę schowała pod poduszkę. Tak też robię. Po powrocie z łazienki (ok 10 min) towarzyszki z celi mówą, że mam niespodziankę pod poduszką. Zaglądam i oczom nie wierzę! Piękna, duża sexówka. Uściskałam stażystkę. Szkoda, że nie miałam wtedy czekolady…
      Badanie. Niezbyt delikatne no i te oczy studencików wpatrujące się w moją małą. BYło mi już chyba wszystko jedno, bo nawet nie poprosiłam ich o opuszczenie gabinetu, choć jestem strasznie wstydliwa.
      Wyrok – lewatywa. O Boże! Skojarzenie – wielka, końska strzykawa lądująca w moim zadku. Lewatywą zostały też poczęstowane wszystkie moje koleżanki niedoli. Nawet nie było tak źle. Młoda miła stażystka (ta od sexówki) zrobiła to tak delikatnie, że mogłabym o sobie fundować codziennie…
      Nudzimy się. Wpada położna ze szkoły rodzenia i zaprasza nas na ćwiczenia. Super! jakaś mała rozrywka. Prosimy aby tak nas wymęczono, byśmy wszystkie zaczęły rodzić. No i wymęczono nas. Ale my masohistki po powrocie na salę dopadłyśmy do ram łożek i dawaj przysiady, skłony, chodzenie po sali, schodach, kręcenie biodrami. Odwiedzają mnie przyjaciele. Gadamy, śmiejemy się, spacerujemy. P. przynosi jakieś smaczne kąski. Czekam na dzidziola. Nie chce wychodzić. Nie mam nadal nawet 1 cm rozwarcia!
      Noc. Zasypiam głaskając brzunio. Modlę się, byśmy jutro – ja i dzidziol – spotkali się. W nocy przywożą na porodówkę 2 kobiety. Jedna rodzi bliźniaki – 2 chłopców, druga męczy się całą noc, krzyczy, płacze… Zazdroszczę im.
      Rano znów nie czuję ruchów. Wpadam w panikę. Podłaczają mnie do ktg i w pewnym momencie nie możńa zarejestrować nawet serduszka. Ryk! Histeria. Błagam lekarza i pomoc. Dostaję kroplówkę, bo mam coś we krwi. Coś z białkiem, czy coś takiego. Nikt nie umie powiedzieć co mi jest i dlaczego. Mały nadal się nie rusza. Dziewczyny pocieszają mnie, przytulają… Kiedy będzie ten cholerny obchód??!!!
      Jest! Wzywają nas na badanie! Idę jeszcze do ubikacji i widzę coś dziwnego – dużo śluzu na wkładce! dużo, bardzo dużo! Jednej z dziewczyn wody chlupnęły, gdy szła do łazienki. Szczęściara! Czemu nie byłam na jej miejscu!
      Badają mnie. Znów gęby studencików uśmeichających się do mnie i mojej pisi. Jest rozwarcie! Chciałam ucałować tych wszystkich studencików!
      – rodzimy – słyszę od przystojengo doktorka. Nie dowierzam. Pytam – na prawdę? – Muszę panią mocniej zbadać, może być nieprzyjemnie – mówi i zagłębia się we mnie całą swoją przystojną ręką, jakby szukał tam co najmniej zagubionej obrączki
      Nawet tak nei bolało. Zadałam jeszcze 100 pytań, dostałam 100 odpowiedzi i dyspozycji. Wyszłam szczęśliwa, zapłakana ze szczęścia i rzuciłam się na szyję dziewczynom. Rodzę! O Boże! to już! Za chwilę będę tuliła swoje maleństwo. Nie boję się bólu. Jestem szczęśliwa.
      Dzwonię do P.
      – RODZĘ ! Przyjeżdżaj!

      C.D. N…

      Dawcio 15.10.04

      • Re: CD

        fajny opis, z niecierpliwoscia czekam na ciag dalszy…. 🙂

        ania & yosik

        • Re: CD

          No jak można przerwać w takim momencie ???!!!!!
          Czekam na ciąg dalszy !!!!

          Ola i…

          Lusia, 2 czerwca ‘ 05

          • Re: CD

            no dawaj reszte dobre….

            Ja i…

            • CD 2.

              Drżącą ręką chwytam jeszcze raz za telefon i dzwonię zapłakana do mamy. P. wyszedł w biegu, nawet kawy nie wypił. Dziewczyny też rodzą. Wszystkie. No to gimnastyka w szkole rodzenia dała nam do wiwatu. Pakuję swoje graty z szafki i jakoś nic nie może mi się zmieścić do torby. Wynajduję więc jakieś reklamówki i nerwowo upycham w nie różne rzeczy. Oddaję butelkę mineralki dziewczynie, która dziś przyszła na salę. Mam nic nie jeść, nie pić i czekać na lewatywę. Znowu! No ale nie była tak straszna, więc może i tym razem będzie mi „miło”.
              Nie mogę tego cholerstwa w nic zmieścić! Szlafrok, koszule, kosmetyki… Jak to wszystko kiedyś wlazło do tej przeklętej torby! Zostawiam to porozwalane na łóżku i idę na lewatywę. Nie można mi jej zrobić. Jestem tak spięta, że rurka nie może zmieścić się do mojej pani. No jakoś poszło.
              Jest P. siedzi biedak w tym śmiesznym zielonym ubranku. Wystraszony jakiś. Wypłoszony. Pomaga mi się spakować – tzn. dostaje od położnej duży worek i wrzuca tam to wszystko. Idziemy na porodówkę. Tzn on mnie tylko odprowadza, bo ta dziewczyna z nocy nadal rodzi. Kładę się na łóżku, podłączają mnie do ktg. Aparatura wyczytuje, ze mam skurcze, ale ja nic nie czuję. Tego się właśnie obawiałam, ze nie skapnę się, że rodzę. Położna przychodzi co jakiś czas i mówi, że mam piękne skurcze. Jakie do diabła skurcze?! To ma być poród? Jeśli tak, to mogę rodzić codziennie. Z opowiadań koleżanek myślałam, że będzie mnie rozrywało, że ból będzie 1000 razy silniejszy niż ten przy miesiączce. A tu nic. Dosłownie nic. Tylko tak leżeć mi nie wygodnie… No i P. na korytarzu… Jest! Poprosili go do mnie. Trzyma mnie za rękę. W międzyczasie trwają poszukiwania mojego żółtego szlafroka. Stażystka znalazła go. No to mam komplet swoich łachów. Dużo tu personelu. Opowieści dziewczyn, że były zdane same na siebie odpłynęły gdzieś daleko. Jest tu nauczycielka ze studium dla położnych, kilka stażystek, położne, lekarze. No szok! Opieka jak ta lala! Tylko ta porodówka… Wspólna. A miałam rodzić w pokoju rodzinnym… I ta drąca się obok mnie dziewczyna, nie chcę, by jej mąż (jak przyjdzie) oglądał moją pisię. To moja i P. pisia. No i ewentualnie kilkunastu osób z personelu…
              - chodź, pójdziemy w bardziej intymne miejsce – mówi przemiła położna i zabiera moje rzeczy. Przechodzimy do pokoju rodzinnego. Tu jest cudownie. Przytłumione światło, drabinka, piłka, fajne łóżko, nad łóżkiem wiszą gałązki wierzby, wszędzie dekoracje, magnetofon. P. się śmieje, że będziemy tańczyć. Miło i przytulnie. Jak w domu.
              Wskakuję na łóżko i znów podłączają mnie do ktg. Proszę o uwolnienie, bo chcę siusiu. Prawie cały czas jest przy mnie milutka stażystka. Dobrze, ze nie trafiłam na zmianę jakiegoś potwora. W toalecie widzę krew. Przychodzę z płaczem. Przybiega położna. Bada mnie. Mówi, że to czop śluzowy i że wszystko w porządku. Wołają mnie na usg. WOW! Jeszcze przed porodem ostatni raz zobaczę dzidziola w brzusiu! Nie przejmując się czekającymi w korytarzu tatusiami, lecę z gołą pupą w przezroczystej sexówce na usg – tak byłam podekscytowana, że nawet szlafroka nie założyłam. O i ten przystojny doktorek, miło mi będzie, gdy to on odbierze poród. Robi usg.
              – czy pani wie, co pani urodzi?
              -Tak!
              -No to proszę mi powiedzieć…
              -Mężczyznę.
              -Hahaha – śmieje się doktor i obecna położna – jeszcze nikt tak ładnei nigdy nie powiedział. Tak, urodzi pani mężczyznę. 4600 gram.

              Jestem w szoku. 4600! Jak ja urodzę. Lekarz dzwoni gdzieś Słyszę tylko. „tak, jest. No. 4600. Dobrze. Zajmę się” i wychodzi. Położna podbiega i radzi „weź dziecko znieczulenie, bo nie urodzisz”. Nie chcę – odpowiadam. „Nie urodzisz, dziecko, mówię ci weź. Jak nie to ja powiem, żeby ci dali. To za duże dzieciątko, nie dasz rady. Porozrywa cię”. Cholera. Nie chciałam znieczulenia! Bałam się go jak jasny gwint! Tyle się naczytałam o skutkach ubocznych. No ale wizja rozerwania mnie jest dość przerażająca. Jak nie wytrzymam to wezmę to głupie znieczulenie.
              Idę na swoją przytulną rodzinną salę. P. czeka. 4600 mówię i szybko wysyłam kilka smsów. „Rodzę. Chłopak 4600”. Przychodzi moja położna. Gratuluje dużego dzidziola. Mówi P., że to trochę potrwa i może iść napić się kawy. P. stwierdza, że jest głodny, bo nic nie zjadł i pojedzie do hipermarketu po bułki. Wychodzi. Wpada moja położna i stażystka z maszynką do golenia.
              -przecież jestem ogolona. – mówię.
              -Ale do cesarki trzeba mocniej – mówi położna patrząc na moje 2 dniowe włoski.
              -CESARKI??!! JA NIE CHCĘ. – płaczę
              -Taka decyzja lekarza. Ciesz się, bo 4600 byś nie dała rady urodzić.

              No to mnie ogolili, zacewnikowali (śmieszne, bo myślałam, że sikam), pobrali krew, założyli drugi wenflon. Trzęsę się jak galareta. Dzwonię do P. „WRACAJ, CESARKA!”. Kiedy?- pyta – już, za 15 minut – odpowiadam. Wraca. Nie zdążył wyjść nawet ze szpitala. Biedny. Cyka mi fotkę, a ja chce go zabić. Teraz się z niej cieszę, bo mam fajną pamiątkę, ale wtedy ostro zawarczałam. Boję się. Boję jak jasna cholera!
              Znów moje przeczucia diabli wzięli. Jak na maturze – przed maturą (w roku mickiewiczowskim) przeczytałam wszystko oprócz Mickiewicza! Twierdząc, że byłoby beznadziejnie i za łatwo, gdyby dali jego wiersz do omówienia (opisywałam wiersz). I dali! Popłakałam się. Tak jak teraz. Na BOGA! Przecież przeczytałam wszystkie artykuły, tylko nie te o cesarce. A słowa tej wariatki z sierpnia, że mam się nie zgodzić na cc, bo mi dziecko umrze, wracają jak bumerang…

              C.D. N… – (żeby potrzymać Was kochane w napięciu…)

              Dawcio 15.10.04

              • CD 3

                Przytulam się wystraszona do P. Płaczę. A serce bije mi tysiąc razy mocniej. Ciśnienie to pewnie mam teraz co najmniej 150! Ręce mi się trzęsą, nogi mam jak z waty. Nie umiem nad sobą zapanować. Proszę położną o coś na uspokojenie. Kojącym głosem tłumaczy mi, ze wszystko będzie dobrze. Zabierają mnie na salę operacyjną. Ostatni buziak z P. – nie wpuszczą go. Na korytarzy macham moim dziewczynom, które przygotowują się do porodu. Pocieszają mnie, trzymają kciuki. Boję się. Jeszcze nigdy niczego tak się nie bałam. Przechodzę na stół operacyjny. Ciężko mi było, bo był o wiele wyższy niż łóżko. Jest tam kilka osób, moja położna i moja stażystka, której brakuje 1 poród do zaliczenia praktyk. Patrzę na tą całą aparaturę, reflektory, salę… Modlę się. Na ścianie obok wisi zegar. Nerwowo spoglądam na niego. Liczę, że może urodzę nim przyjdzie lekarz. Przychodzi. Mój przystojny doktorek – ten od mężczyzny. W różowym ubranku. Rozśmieszyło mnie to. Ale jeszcze bardziej panią anestezjolog, która buchnęła śmiechem, mówiąc „o mój różowy króliczek przyszedł”. Lekarz z anestezjolog pożartowali sobie, co rozluźniło mnie i całą tą napiętą sytuację. Śmieję się razem z nimi. Wesoło jest. Fajnie. Pytam o rodzaj znieczulenia – na pewno nie chce narkozy, bo chcę zobaczyć moje dziecię. Anestezjolog odpowiada „znieczulenie 3xJezu”.
                -nie rozumiem?
                -Krzykniesz o Jezu, o Jezu, o Jezu i będzie po wszystkim – odpowiada z uśmiechem.
                Znowu mnie rozśmieszyła.
                Nie mam gumki do włosów, a moje długie włosiska przeszkadzają, ale i zachwycają personel.
                Każą mi usiąść i schylić się, bo będą mnie kłuć w kręgosłup. Ciekawe jak mam się schylić. Ale robię to najmocniej jak mogę, i podczas próby wkłucia nawet nie oddycham, bojąc się, że to się źle skończy. Nie udaje się. Pani doktor nie może wkłuć się w moje grube, obrośnięte tłuszczem plecy. Znowu próba i znowu nic. Zmienia igłę na grubszą i dłuższą. Zimny pot spływa mi po policzku ze strachu. Udało się! Dzięki Ci Boże! Już myślałam, że mnie uśpią. Teraz żebym tylko nie była sparaliżowana. Dziwne ciepło oblewa moje ciało od piersi w dół. Nie czuję swojego ciała. Strasznie głupie uczucie. No a jak słyszę, że nie będę czuła bólu, ale będę czuła, że coś mi robią, to już w ogóle zamieram. Podają mi tlen. Niby taki obowiązek. Robi mi się słabo, czuję, że odpływam, ale nie poddaję się. Muszę przecież zobaczyć dzidziola od razu po urodzeniu, tzn wyjęciu z mego brzucholca. W reflektorze odbija się niczym w lustrze każdy najmniejszy gest lekarzy. Tną. Niezbyt przyjemny widok, więc patrzę sobie na zegar na ścianie. Lekarz wciąż sobie żartuje. Pyta czy kupiłam garniturek do komunii, bo w normalne ubranka, to ten mój mężczyzna się nie zmieści. No to zagaduję go, czy od razu mógłby mi wyciąć trochę tłuszczu, skoro i tak już jestem pokrojona. Coś nam wesoło na tej porodówce.
                -uwaga, wyciągamy, na 3

                No to patrzę, z całej siły patrzę w reflektor, aby zapamiętać każdy szczegół tej podniosłej chwili. Widzę jak ręce lekarza chowają się w moim brzuchu i widzę maleńką czarną główkę. Delikatnie wyciągają ze mnie to, co siedziało tam sobie dobre 9 miesięcy. Maleńkie, śliczne ciałko i ten łepuniek obrośnięty czarnymi loczkami. Widzę maleńkiego siusiaczka. Tak, to jest mój syn. Mój pierworodny, wyczekany synuś. Płaczę. Pokazują mi go na sekundę, gratulują i nagle szybko zmykają do małego pomieszczenia z moim dzieckiem. Nie słyszę jego krzyku.
                -czemu on nie płacze? – pytam.
                – zaraz zacznie – słyszę odpowiedź lekarza, który zręcznie zszywa mój brzuch.

                Milczymy. Mija kilkanaście sekund, może minuta i ta cisza, okropna cisza.
                -dlaczego nie krzyczy – pytam poddenerwowana już nie na żarty
                -oj, zaraz będzie. Zaraz to radio się włączy, ale ostrzegam, ono nie ma wyłącznika i jak już zacznie grać, to się go nie przyciszy – śmieje się lekarz, a moje maleństwo nadal nie oznajmia światu o swojej osobie.

                Mam już pełno łez na twarzy. Oczyma wyobraźni widzę najgorsze sceny i znowu ten cholerny tekst debilki z sierpnia o cesarce!
                J E S T ! ! ! Płacze. To najpiękniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek usłyszałam. Będzie ze mną do końca mych dni. Twój pierwszy, wyczekany krzyk. Jesteś. Boże! Mam dziecko!
                Pytam, czy będę mogła go jeszcze zobaczyć. Położna gładzi mnie po głowie i mówi, że tak, nawet przytulić i pocałować. Podają mi Ciebie. Małe zawiniątko owinięte zieloną szpitalną chustą.
                -jaki śliczny – mówię przez łzy i delikatnie głaszczę Cię palcem po policzku.

                Anestezjolog jest zachwycona Twoimi włosami. „Po co facetom takie piękne włosy? Ale mama też ma takie ładne, pewnie po mamie” – mówi. „po tacie” – odpowiadam, chwaląc się dumnie z przystojnego męża o kruczoczarnych, bujnych włosach.
                Wynoszą moje maleństwo. Za chwilę wchodzi P. Blady jak ściana.
                – widziałeś go? Śliczny jest, prawda? Zrobiłeś zdjęcie? No powiedz, ze śliczny!
                – setki słów wydobywają się z moich ust. P. mnie całuje. Pomaga lekarzowi przerzucić mnie na łóżko. Biały coś jest i oblany potem. Biedak. Dobrze, ze to kobiety rodzą. Zawożą mnie na OIOM, a P. jedzie na górę do maleństwa. Mam przykaz, by nie ruszać głową przez 12 godzin. Leżę więc plackiem i myślę o tym, co mnie właśnie spotkało. Dostaję zastrzyk w nogę. Nie czuję nadal nic od piersi w dół. I cały czas się boję, bo to moje ciało jest takie nie moje, takie obce. Porównałam je do świni. Takie zimne, brrrr… Schizy mnie dopadają i widzę się na wózku inwalidzkim. Kolejne zdrowaśki proszą Boga, by tak się nie stało. Odchodzi mi znieczulenie i zaczynam czuć ranę. Dostaję kolejny zastrzyk. Pomaga. Położne mówią, bym zasnęła. Nie chce spać. Mam drgawki. Jest mi zimno. Proszę o termometr. 36,6. Dostaję dodatkowy koc. Ponoć to normalny objaw po znieczuleniu. Pytam o punkty. Dostał 8. Odjęli 2 za odruchy i napięcie mięśni. Dla mnie ma tych punktów 1000. Jest najlepszy, najpiękniejszy. Jest mój. Nudzę się. Pielęgniarki rozmawiają o swoich wakacjach. P. stoi pod drzwiami i pyta czy może wejść. Błagalnie patrzę na pielęgniarki. Pozwalają ale na sekundkę. P. daje mi telefon. Mówi, że są tu nasi rodzice, a dziecko śpi. Wyjdę na salę dopiero po 19:00. Jest około 17. Wysyłam smsy do wszystkich. Po cichu. Ale zaraz bum gratulacji. Pielęgniarki proszą, bym wyłączyła komórkę bo przeszkadza w działaniu sprzętu. Ściszam tylko i czytając kolejnego smsa z gratulacjami zasypiam…

                C.D. N…

                Dawcio 15.10.04[obrazek]<img src=”https://www.gifownik.pl/gify_gifownik_lut/osobki/baby/11.gif”>[/obrazek]

                • Re: O TYM JAK MAŁY CESARZ PRZYSZEDŁ NA ŚWIAT

                  Przeczytałam z zapartym tchem i zami w oczach. przepięknie opisałaś swój poród Erico. Gratuluję lekkości ” pióra” a najserdeczniej i wciąż gratuluję już całkiem sporego synka.
                  Bycie mamą to najbardziej ekscytujące i wyczerpujące doświadczenie. Nie zamieniła bym go nigdy i na nic…

                  ika i Igor 01.04.04 + słoneczko

                  • Re: CD 3

                    no ladnie – siedze w pracy i czytam i łzy same leca po policzku, cud narodzin….bardzofajnie to opisalas, przypomina sie ta najwazniejsza chwila w zyciu. dzieki pozdrawiam

                    A&M 04.03.2005

                    • Re: O TYM JAK MAŁY CESARZ PRZYSZEDŁ NA ŚWIAT

                      Mogłabyś powieści pisać
                      Świetnie opiasne, trzymające w napięciu i z pięknym zakończeniem, ale chyba jeszcze jednej części brakuje
                      Spory ten Twój mężczyzna
                      GRATULACJE


                      Sylwia i Wiktoria(27.04.04)

                      • Re: O TYM JAK MAŁY CESARZ PRZYSZEDŁ NA ŚWIAT

                        Cudowny… wzruszający opis…
                        Tez miałam cc, ale szybko, gwałtownie, w narkozie, nie dostałam dziecka…
                        Teraz musi być inaczej.

                        Asia, Julia 08.08.2002 i

                        • Re: O TYM JAK MAŁY CESARZ PRZYSZEDŁ NA ŚWIAT

                          przeczytałam z zapartym tchem… gratulacje…
                          kobieto tak fajnie, się Ciebie czyta, że czekamy na inne wspomnienia…opowiadania….

                          • !!!!!!!!!!!!

                            kobieto wspaniale opisane! jakies pisarskie talenty masz 🙂 bardzo fajnie sie czytalo i chetnie poczytam JESZCZE!!! pozdroo 🙂

                            Znasz odpowiedź na pytanie: O TYM JAK MAŁY CESARZ PRZYSZEDŁ NA ŚWIAT

                            Dodaj komentarz

                            Mozarella w ciąży

                            Dzisiaj naszła mnie ochota na mozarellę. I tu mam wątpliwości – czy w ciąży można jeść mozzarellę?? Na opakowaniu nie ma ani słowa na temat pasteryzacji.

                            Czytaj dalej →

                            Ile kosztuje żłobek?

                            Dziewczyny! Ile płacicie miesięcznie za żłobek? Ponoć ma być dofinansowany z gminy, a nam przyszło zapłacić 292 zł bodajże. Nie wiem tylko czy to z rytmiką i innymi. Czy tylko...

                            Czytaj dalej →

                            Dziewczyny po cc – dreny

                            Dziewczyny, czy któraś z Was miała zakładany dren w czasie cesarki? Zazwyczaj dreny zdejmują na drugi dzień i ma on na celu oczyszczenie rany. Proszę dajcie znać, jeśli któraś miała...

                            Czytaj dalej →

                            Meskie imie miedzynarodowe.

                            Kochane mamuśki lub oczekujące. Poszukuję imienia dla chłopca zdecydowanie męskiego. Sama zastanawiam się nad Wiktorem albo Stefanem, ale mój mąż jest jeszcze niezdecydowany. Może coś poradzicie? Dodam, ze musi to...

                            Czytaj dalej →

                            Wielotorbielowatość nerek

                            W 28 tygodniu ciąży zdiagnozowano u mojej córeczki wielotorbielowatość nerek – zespół Pottera II. Mój ginekolog skierował mnie do szpitala. W białostockim szpitalu po usg powiedziano mi, że muszę jechać...

                            Czytaj dalej →

                            Ruchome kolano

                            Zgłaszam się do was z zapytaniem o tytułowe ruchome kolano. Brzmi groźnie i tak też wygląda. dzieciak ma 11 miesięcy i czasami jego kolano wyskakuje z orbity wygląda to troche...

                            Czytaj dalej →
                            Rodzice.pl - ciąża, poród, dziecko - poradnik dla Rodziców
                            Logo
                            Enable registration in settings - general